Kino drogi – Aż do piekła!

Wpis ten powinnam zasadniczo zacząć, od wyjaśnienia pewnej anegdotki, która krąży wokół moich znajomych i z której zrodziło się określenie nieco prześmiewcze, a mianowicie: kino drogi. To nie jest tak, że ja neguję z góry każde kino z drogą jako głównym motywem. Ważne jest jednak to, że swego czasu, namiętnie oglądałam ambitne filmy – które to właśnie zyskały miano „kina drogi”, nie do końca cokolwiek z nich rozumiejąc. Moi znajomi, w większości fani Marvela i innych blockbusterów czy filmów dla odbiorcy masowego, nieco się ze mnie śmiali. W końcu jednak porzuciłam ambicje na oglądanie tylko i wyłącznie tych ambitnych filmów, z których przeciętny widz, niewiele rozumie. Nie oznacza to jednak, że tak całkiem porzuciłam moją miłość do wspomnianego wcześniej „kina drogi”.

Nie bez powodu wspomniałam Wam tutaj tę anegdotkę Film, który dzięki uprzejmości Kina Centrum, działającego przy CSW, miałam okazję obejrzeć w minioną środę, niewątpliwie był kinem drogi w zupełnie pozytywnym tego słowa znaczeniu. Aż do piekła, bo o tym filmie mowa, to produkcja wielopłaszczyznowa, której nie należy rozpatrywać jedynie pod kątem samej w sobie fabuły czy aspektów technicznych.

To film, który skrywa bardzo wiele odniesień nie tylko do znanych i lubianych przez nas schematów, które charakteryzują poszczególne gatunki filmów, ale też w dużej mierze opiera się na dwóch, bardzo znaczących motywach zaczerpniętych z Biblii.

Zacznijmy jednak od tego, o czym w zasadzie opowiada Aż do piekła. Mamy tutaj dwa wątki, które biegną równolegle. Pierwszy z nich, to wątek dwóch braci – Toby’ego i Tannera. Bracia nie trudnią się w swoim życiu niczym, co zasługiwałoby na jakikolwiek szacunek, czy też uznanie – są oni najprościej rzecz ujmując rabusiami, którzy w dodatku są nieźle zadłużeni. Wpadają zatem na, w ich mniemaniu, fantastyczny plan, który zakłada napadanie na małe banki w małych miasteczkach. Plan w całej swej prostocie jest dość genialny, natomiast nietrudno w nim też o potknięcia. Bracie jednak całkiem nieźle sobie poczynają i ich plan pomału zaczyna się spełniać.

Skoro mamy rabusiów, musimy mieć też i tych, którzy stoją po przeciwnej stronie barykady, czyli stróżów prawa. Marcus Hamilton pełniący funkcję szeryfa w miasteczku, a jednocześnie odliczający już pomału dni do emerytury, przyjmuje zgłoszenie o popełnionym napadzie na bank. Wraz ze swoim partnerem, Gilem, ruszają tropem rabusiów.

Mamy tu zatem dwie, bardzo ładne osie fabularne, które w zasadzie przez cały film, biegną równolegle. Mimo iż nasza dwójka rabusiów w zasadzie cały czas czuje, że kolejny raz może się nie udać, zaś stróże prawa, są cały czas o krok od schwytania przestępców, ich wątki się nie przecinają. W całej produkcji, pod tym względem została zachowana symetria.

Konstrukcja bohaterów, w dużej mierze opiera się tu na schematach, które są tak bardzo charakterystyczne dla gatunku. Kryminał, bo Aż do piekła właśnie tym jest, musi mieć zarówno dobrze nakreślonego protagonistę, który próbuje rozwikłać zagadkę i tym samym schwytać winnego, jak i antagonistę, którym w tym przypadku są bracia. Kontrast ten jest doskonale widoczny, w dużej mierze też za sprawą muzyki, która dostosowuje się do tego, czyj wątek jest obecnie na ekranie.

Skoro o muzyce mowa, to należy przyznać, że została ona bardzo dobrze skomponowana. Każda ścieżka dźwiękowa, którą mamy okazję usłyszeć w Aż do piekła, jest charakterystyczna. Nie mamy tutaj absolutnie do czynienia z czymś, co roboczo jest określane mianem „generic soundtrack”. Biorąc pod uwagę, że większość kawałków do tego filmu, skomponował Nick Cave, nietrudno się dziwić, że są one dobrze dobrane. Aż do piekła, jest bowiem nie tylko samym w sobie kryminałem, ale jest on też osadzony w stylistyce westernowej. Stąd też, w żaden sposób nie dziwi mnie wybór kompozytora muzyki i Was też nie powinien.

Chciałabym też jeszcze na moment, zanim zacznę zagłębiać się w warstwę artystyczną filmu, zatrzymać się przy jego kompozycji. Kiedy próbowałam opowiedzieć Mojemu Mężczyźnie, dlaczego w zasadzie podobało mi się Aż do piekła, użyłam, nieskromnie przyznam, całkiem zgrabnego porównania. Cały film, można bowiem rozrysować za pomocą grafu.

U samej góry, mamy dwa duże bąbelki – to wątki stróżów prawa i naszych antagonistów. Każdy z tych bąbelków, dzieli się na dwa mniejsze – jako że nasi bohaterowie grają „w parach”, mniejsze bąbelki są osobnymi wątkami każdego z nich. I od tych czterech małych bąbelków, można poprowadzić linie, które spotkają się przy jednym, bardzo dużym bąbelku – to finał produkcji. Naprawdę, jestem pełna podziwu dla twórców, zarówno Mackenzie jak i Sheridan, odwalili tu kawał dobrej roboty.

Kino drogi w znaczeniu tym prześmiewczym, zawsze miało jakąś bliżej nieokreśloną warstwę artystyczną. Symbolikę, która najczęściej była tak głęboko ukryta, że przeciętny widz, nie był w stanie jej dostrzec. Tutaj, mamy sytuację podobną, choć, żeby zobaczyć symbole, które zostały w filmie wykorzystane, wcale nie trzeba obierać go z warstw, jak nie przymierzając cebuli, a jedynie obrać – jak na przykład marchewkę.

Nie bez kozery tytuł filmu brzmi, jak brzmi. Piekło bowiem, naturalną koleją rzeczy, kojarzy nam się z czymś związanym z religią. Niekoniecznie chodzi tu o chrześcijaństwo. Warto jednak zwrócić uwagę na to, ze odniesień do Biblii w tym filmie nie brakuje.

Nasza dwójka antagonistów wzorowana jest na Biblijnym Kainie i Ablu. Może początkowo nie jest to zbyt dobrze widoczne, ale z czasem, zaczynamy być niemalże pewni, że wśród naszych złodziejaszków jest zarówno „ten dobry” jak i „ten zły”. Należy też przyznać, że pomysł z takim właśnie odniesieniem, jeśli spojrzymy na całość produkcji, jest jak najbardziej trafiony. Film nie jest bowiem wydumany czy przerażająco nudny i nie kipi od odniesień w taki sposób, by widz nie był w stanie się w nich połapać. Przeciwnie, tak samo jak kompozycja filmu jest czytelna, tak samo i motyw Kaina i Abla został tu użyty bardzo zgrabnie.

To jednak nie jedyne odniesienie do Biblii, które możemy zaobserwować w Aż do piekła. Kolejnym motywem, który został tu bardzo zgrabnie zastosowany, jest motyw Sędzi i Sądu Ostatecznego. Oczywiście nie trzeba tutaj w żaden sposób się krygować, że wspomnianym Sędzią, jest Marcus Hamilton – nasz prawie-emerytowany szeryf. To on nie odpuszcza w śledzeniu rabusiów i to on w ostatecznym rozrachunku się z nimi rozprawia.

Jeśli jednak macie nadzieję na to, że film kończy się dobrze bądź źle, to niestety, muszę Was rozczarować. To, co bardzo sobie cenię, jeśli chodzi o ambitne kino, to brak gotowych rozwiązań i otwarte zakończenia. Tutaj mamy przykład właśnie takiego zakończenia. Twórcy nie dają nam jednoznacznej odpowiedzi, nie wiemy, czy ostatecznie sprawiedliwość zostanie wymierzona, czy też nie.

Warto jednak zaznaczyć, że wszystkie sceny, które rozgrywają się w okolicach tej finałowej, można śmiało przyrównać do sądu. Mamy bowiem zarówno argumentacje obrońców, jak i tych, którzy oskarżają. Widz staje tutaj w roli ławy przysięgłych. W zasadzie to my sami musimy zdecydować, czy wina jest tak duża jak się wydaje, czy też nasi antagoniści mają jakiekolwiek sensowne wytłumaczenie tego, w jaki sposób postępują.

Co jest bardzo ciekawe, Aż do piekła, wcale nie jest filmem, który w jakikolwiek sposób może przytłoczyć widza. Wprost przeciwnie – ogląda się go wyśmienicie, a przez to, w jaki sposób budowane jest napięcie oraz jak toczy się akcja, niemalże nie jesteśmy w stanie oderwać wzroku od ekranu. Być może to zasługa tego, że tak naprawdę film nie ma zbyt wielu wątków, ma pozornie prostą historię, która dodatkowo jest w stanie zaangażować widza w jej odbiór. A może to też kwestia muzyki, która nie tylko doskonale oddaje klimat, w jakim film jest osadzony, ale także buduje napięcie.

Wspominałam, że Aż do piekła jest kryminałem i muszę w tym miejscu nieco doprecyzować moją tezę. Owszem, jest to kryminał, ale też i dramat. Tak naprawdę, poza intrygą, mamy tu doskonałe studium psychologiczne niemalże każdej postaci. Co ciekawe, postaci są nam niejako przedstawiane w sposób niezwykle przystępny i w gruncie rzeczy przyjemny w odbiorze.

Oczywiście, film jest jak najbardziej warty obejrzenia, to nie podlega żadnej dyskusji. Już sam fakt tego, że skrywa on bardzo dużo ciekawych i wartych uwagi walorów artystycznych oraz to, że kompozycja filmu jest bardzo dobrze przemyślana – chociażby z tych dwóch względów warto ten film zobaczyć. To jednak nie jedyne argumenty, które przemawiają za tym, aby dać się wciągnąć w historię przedstawioną w Aż do piekła.

Produkcja ta, daje nam niepowtarzalną możliwość, abyśmy sami, we własnym sumieniu, zastanowili się nad tym, gdzie tak naprawdę kończy się moralność ludzka. Co jest postrzegane przez nas jako zły czyn, a co i dlaczego, może zostać usprawiedliwione. Aż do piekła jest bowiem nie tylko świetnym dramatem, kryminałem czy w ogóle – filmem. To także świetne lustro nas samych. Śledząc te dwie historie, które mamy okazję obejrzeć, możemy przynajmniej spróbować postawić się na miejscu wybranych przez nas bohaterów. Czy rzeczywiście postąpilibyśmy tak, jak oni?

Aż do piekła daje do myślenia. Zmusza widza do refleksji. To jeden z tych filmów, po których z całą pewnością można powiedzieć, że ma się kaca, ale zupełnie nie w negatywnym tego słowa znaczeniu. Jeśli zatem chcecie obejrzeć całkiem dobre – zarówno pod względem technicznym, jak i artystycznym, kino drogi, to śmiało – nie zastanawiajcie się ani chwili.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!