John Wick, czyli let’s have some fun

Do obejrzenia Johna Wicka namawiana byłam setki razy. Do znudzenia słyszałam: „Kiedy w końcu obejrzysz ten film”, „Kiedy pójdziesz na to do kina ?” i tym podobne rzeczy. Tylko, że wiecie, ja działam trochę w myśl zasady: „Na złość mamie odmrożę sobie uszy” i jeśli ktoś, za wszelką cenę, chce mnie namówić do obejrzenia czy też przeczytania czegokolwiek, to nie, that’s not gonna happen. Jestem pod tym względem niereformowalna. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że tak jest, dlatego coraz rzadziej słyszę podobne pytania. I chyba właśnie z tego względu, zdecydowałam się w końcu nadrobić serię, w której Keanu Reeves jest… No cóż, na moje – sobą.

Kocham kino akcji, to też nie jest żadna nowość. Wychowana na „Psach” Pasikowskiego, oglądanych po kryjomu, na „Ekstradycji”, którą oglądałam namiętnie i do której nadal od czasu do czasu wracam…Umówmy się, kino akcji jest jednym z moich ulubionych gatunków. I okej, to polskie produkcje, ale niech któraś z was, powie otwarcie, że nigdy w życiu nie wzdychała do komisarza Halskiego, to przysięgam, że wam nie uwierzę. No, po prostu nie. Być może, właśnie z tego względu tak usilnie byłam namawiana do obejrzenia Johna Wicka. I być może właśnie dlatego, tak bardzo się uparłam, że nie, nie obejrzę. Być może tak bardzo chciałam, żeby to była tylko i wyłącznie moja decyzja.

Jak powszechnie wiadomo, każdy popełnia błędy, a nie myli się tylko ten, kto nic nie robi. Lubię te zasady, są całkiem wygodnym usprawiedliwieniem, którego – przyznaję otwarcie – dość mocno nadużywam. Niemniej jednak, to też nie jest tak, że nie wyciągam wniosków z popełnionych przeze mnie błędów. W przeciągu ostatniego miesiąca, obejrzałam zarówno pierwszą, jak i drugą część Johna Wicka, a wczoraj dopełniłam dzieła, oglądając część trzecią. I wiecie co? Och, jak bardzo czekam na część czwartą, bo to, że ona będzie, jest pewne niemalże tak samo, jak to, że Rogs uwielbia bieganie nad Wisłą i truskawki. Wyniki box office nie kłamią – film zarabia i to bardzo dobrze. Twórcy byliby zatem skończonymi idiotami, gdyby po tym, jak zakończono Parabellum, nie zrobili części czwartej.

Z pewnością nie jest jakoś specjalnie trudno się domyślić, że pokochałam serię o Johnie Wicku. Powiem więcej, od wczorajszego seansu, jest ona na bardzo specjalnym miejscu w moim czarnym serduszku. W związku z tym, bardzo chciałam napisać tutaj poważną analizę, która rozkłada na czynniki pierwsze każdy z filmów, ale wiecie co? Ktoś mądry uświadomił mi, że oglądanie filmów sprawia mi frajdę. I tak, owszem, sprawia i to okrutną. Chwilę później, usłyszałam, że „skoro sprawia ci to frajdę, to przestań analizować i po prostu baw się tym filmem”. Co również uczyniłam. Dlatego z góry lojalnie uprzedzam: w tym tekście nie znajdziecie niczego innego, jak tylko przemyślenia fangirl. Bardzo subiektywne. Nie poparte żadnymi poważnymi analizami, komentarzami krytyków czy czymkolwiek w tym stylu. Jeśli wam to nie pasuje, to możecie w tym momencie przestać czytać.

Zacznijmy jednak od odpowiedzi na pytanie zasadnicze: jakim cholernym cudem film o facecie, któremu ukradziono samochód i zabito psa, może być tak doskonałym kinem akcji? Umówmy się, jakkolwiek może to wkurzyć, ba! Może wywołać nawet chęć zemsty, tak to, do jakich rozmiarów ta zemsta eskalowała, jest dla mnie niepojęte. Ale chyba nie chcę tego rozumieć. W każdym razie, jeśli mam być szczera, gdyby ktoś mi Rogsa zastrzelił, to myślę, że poruszyłabym niebo i ziemię, żeby dorwać tego skurwysyna. Obstawiam, że gdybym miała taką zajebistą furę, jaką miał John Wick i ktoś by mi ją po prostu gwizdnął, też mogłabym być wściekła. Dlatego zrozumienie motywacji bohatera, nie stanowi dla mnie najmniejszego problemu. A wiecie, jeśli już na starcie rozumiecie motywacje bohatera, to zaczynacie mu kibicować i z nim sympatyzować. Nawet, jeśli jego czyny nie są do końca moralne. W sytuacji, kiedy absolutnie rozumiecie powody działań bohatera, naprawdę nie obchodzi was to, czy to, w jaki sposób chce dokonać zemsty, jest w pełni moralne. Co więcej – to nigdy nie jest w pełni moralne.

Jeśli nasz bohater dodatkowo stracił ukochaną żonę, po której zostało mu tylko i wyłącznie zdjęcie, a pies, którego zastrzelili, był ostatnim prezentem, który od niej otrzymał, to serio, tylko kamień by się tym nie przejął. Sądzę zatem, że największą siłą, jeśli chodzi o Johna Wicka jest to, że pomimo tego iż jest on w pewien sposób niezniszczalny, jest też bardzo… Ludzki. To nie jest kolejny superbohater MCU czy DC, który miał trudne dzieciństwo i przez to należy mu współczuć. To nie jest postać, której nie jesteśmy w stanie zrozumieć. To postać, która – choć bardzo nierealna – jest absolutnie ludzka. Absolutnie prawdziwa. Bo czyż takie uczucia jak miłość, gniew czy chęć zemsty nie towarzyszą nam, zwykłym śmiertelnikom? Konia z rzędem temu, kto nigdy nie chciał się na nikim, choćby w minimalnym stopniu zemścić. Albo temu, kto nigdy nie był wściekły.

Ten dysonans pomiędzy bardzo ludzkimi odruchami Wicka a tym, kim on jest, wręcz bije po oczach. Kiedy bowiem oglądamy pierwszą część serii, przez lwią część seansu, zadajemy sobie pytanie: „Kim do cholery jest ten Wick?”. Być może, w przypadku każdej innej produkcji, brak konkretnej odpowiedzi na zadane pytanie, mógłby być irytujący. W przypadku tej serii, jest wręcz przeciwnie. Ta tajemnica, fakt, że nie wiemy, kim jest John Wick, ani dlaczego tak bardzo wszyscy się go boją, jest intrygujący, wzbudza (może troszkę niezdrową) ciekawość. Bo, umówmy się, czy to ważne, dlaczego wszyscy się go boją? Czy to ważne, skąd zna on ludzi, których znać powinien i którzy z reguły wiszą mu jakąś przysługę? Nie. Ważne jest to, jak bardzo nasz bohater jest zdeterminowany do tego, aby pomścić psa i odzyskać swój samochód. A, że dąży do tego w możliwie najbardziej epicki sposób z możliwych, to cóż… Nie ma sensu chyba zastanawiać się nad tym głębiej.

Być może ktoś teraz mi zarzuci, że przecież nie można tak bezrefleksyjnie oglądać jakiegokolwiek filmu. Na co ja radośnie odpowiem: Ależ oczywiście, że można! Co więcej, nie powiedziałabym, że seans Johna Wicka (którejkolwiek części) można uznać choćby w minimalnym stopniu za bezrefleksyjny. Okej, mamy epickie sceny pościgów, kapitalną choreografię walk, tempo takie, że nawet sprinter by się zmęczył i całą masę efektów, które sprawiają, że można piszczeć z zachwytu. Dla wielu są to jednak rzeczy, które „nie czynią filmu dobrym”. No cóż, znów na przekór wszystkim powiem, że dla mnie są one wystarczające, żeby świetnie bawić się na filmie. Jasne, nie ma co się oszukiwać: nie fabułą stoi każda jedna część serii. Fabuła jest tutaj najmniej istotna i – co ciekawe – w żadnym stopniu nie uważam tego za wadę. Myślę wręcz, że gdyby do psychologii postaci, którą dostajemy w każdej części, dodać skomplikowaną i wymagającą ogromnego skupienia od widza fabułę, nie bylibyśmy w stanie się tak doskonale bawić na tych filmach. To znowu kwestia zachowania odpowiedniego balansu pomiędzy tym, co dzieje się na ekranie, a tym, w jaki sposób to odbieramy. Co jest jednak ciekawe, zachowanie balansu pomiędzy spektakularnością Johna Wicka a tym, że mimo wszystko nie jest to film, który można byłoby określić jako głupi, wyszło doskonale.

No dobrze, ustaliliśmy, że mamy dobrze skonstruowanego bohatera, kapitalne efekty i całą resztę otoczki, która może sprawiać, że dany film akcji będzie oglądało się świetnie. Co jednak z samą grą aktorską? Nie jest żadną tajemnicą, że jakkolwiek kupuję Keanu Reeves’a jako Johna Wicka, tak na pewno nie powiedziałabym, że jest to aktor wybitny. Za cholerę nie jest. Nie widzę go absolutnie w żadnym, poważnym dramatycznym filmie, nie widzę również w komedii. Ale za to jako John Wick, sprawdza się doskonale. Ta postać, wbrew pozorom, nie jest wymagająca do zagrania, jeśli odłożymy na bok wszystkie aspekty związane ze sprawnością fizyczną rozumianą w bardzo szeroki sposób. Ale emocje? Dramat? Owszem, pojawiają się, niemniej nie są one „z najwyższej półki”. Znowu wracamy do stwierdzenia, w którym mówimy, że John Wick jest bardzo, bardzo ludzki. I być może właśnie dlatego Keanu nie miał najmniejszego problemu z oddaniem każdej jednej emocji, która targała jego bohaterem. Nie ma co ukrywać – John Wick został napisany pod Keanu i temu nie można w żaden sposób zaprzeczyć. Przysięgam, że nie jestem w stanie wyobrazić sobie absolutnie żadnego innego aktora, który byłby w stanie zagrać tę postać w taki sposób, jak zrobił to właśnie Keanu. Ale może po prostu za bardzo lubię tego aktora. A może po prostu jestem bardzo nieobiektywna, jeśli chodzi o ocenę tej serii. Or both.

No dobrze, a co ze światem przedstawionym? Czy jest z nim tak samo, jak z naszym głównym bohaterem, którego po prostu nie da się nie lubić? Otóż tak. Przede wszystkim, tajemnica, którą owiana jest świat przedstawiony, intryguje. Widz zastanawia się, o co chodzi. W jaki sposób to wszystko działa? Czym są tajemnicze monety, które są w stanie rozwiązać każdy problem? Dlaczego w hotelu Continental można tak naprawdę (prawie) wszystko? I wreszcie – jak bardzo rozległa jest organizacja, która w mniejszy lub większy sposób wpływa na działania bohaterów? Nie dostajemy tych odpowiedzi od razu. A nawet, jeśli je dostajemy, to twórcy zostawiają nam bardzo dużo niedopowiedzeń. Po obejrzeniu trzech części filmu, nadal nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na pytanie, co właściwie się stało, że John Wick tak bardzo nie chce być dłużej związany z tą organizacją. Te wszystkie niedopowiedzenia, otwarte dla widza furtki, w każdym innym przypadku mogłyby stanowić problem, jeśli chodzi o odbiór filmu. Tak się jednak w tym przypadku nie dzieje. Chłoniemy świat przedstawiony nie zastanawiając się za bardzo nad tym, co to wszystko znaczy. Mamy taką naiwną nadzieję, że może jednak zaraz, już za chwilę, czegoś się dowiemy. A twórcy bawią się z nami w kotka i myszkę i czasem coś powiedzą, czasem coś wyjaśnią, a czasem zachowają się jak typowa dziewczyna w kłótni z facetem, która na pytanie: o co chodzi, odpowie: DOMYŚL SIĘ. I o ile taka odpowiedź w przypadku kłótni pary, jest najgorszym, co może się zdarzyć, czymś czego szczerze nie znoszę (tak, ja jako dziewczyna, wręcz tego nie znoszę), o tyle w przypadku Johna Wicka, nie stanowi to absolutnie żadnego problemu. Co więcej – w wielu przypadkach działa na plus. Tym samym, nawet jeśli nie dostajemy konkretnych odpowiedzi, nawet jeśli twórcy zostawiają nas z niedopowiedzeniami, nie jesteśmy w stanie zaliczyć tego na niekorzyść produkcji.

Nie bez przyczyny pomijam tutaj bohaterów pobocznych. W przypadku, kiedy mówimy o Johnie Wicku, nie mają oni większego znaczenia. Tzn. jasne, jakąś tam rolę odgrywają. Np. Charon czy Winston są postaciami, bez których ta seria w ogóle nie miałaby racji bytu. Ich relacje z naszym głównym bohaterem rozwijają się z każdą kolejną częścią. Aż boję się pomyśleć, jak to wszystko potoczy się dalej, zwłaszcza po tym, w jaki sposób zakończyło się Parabellum. Niemniej jednak, relacje, wpływ poszczególnych bohaterów na siebie nawzajem, nie ma aż takiego znaczenia dla całej serii. No, chyba, że są to bohaterowie, którzy wchodzą w głębsze interakcje z naszym protagonistą. A takich mimo wszystko nie ma zbyt wielu.

Jedną z motywacji Johna Wicka, był fakt, że zabito mu psa, którego dostał od swojej żony, która zmarła. Nie wspominam o tym bez przyczyny, bo kwestia tego, w jaki sposób przedstawiane są kobiety w tej serii, jest bardzo, bardzo ciekawa. To znaczy ustalmy jedno: w każdej z trzech części, nie mieliśmy ani jednej postaci kobiecej, która byłaby w jakikolwiek sposób słaba. Żadnej. Każda z bohaterek jest silna, zna sztuki walki i kopie tyłki aż miło. Co z tego, że w ostatecznym rozrachunku przegrywa z Wickiem. Ciężko, żeby było inaczej, skoro, jeśli cały Nowy York poluje na Wicka, a on jest sam, to stwierdzenie, że „szanse są wyrównane”, nie jest ani trochę przesadzone. Nie ma się na co oburzać, że czasem kobiety w tej serii po prostu są zabijane – w taki czy inny sposób. Zawsze jednak jest to śmierć, którą poprzedza epicka walka, co do której jesteśmy w stanie wyrazić autentyczny podziw, jeśli chodzi o umiejętności tych bohaterek.

Mam niejasne wrażenie, że w trzeciej części przygód Wicka, tych postaci kobiecych jest jednak nieco więcej, niż miało to miejsce w poprzednich częściach. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście postać Sędzi, granej przez kapitalną wręcz Asię Kate Dillon. Przyznaję, że nigdy wcześniej nie widziałam tej aktorki na ekranie, nie oglądałam niczego, w czym by grała. Po Parabellum, chcę jej więcej. To, co z czystym sumieniem można powiedzieć o Sędzi, to fakt, że jest ona bezwzględną, zimną i wyrachowaną suką. Za nic w świecie nie chciałabym jej spotkać na swojej drodze życiowej. Ona nie musi się umieć bić, nie musi mieć nie wiadomo jakich umiejętności czy siły fizycznej. Ona ma władzę, a to wystarczy, aby skutecznie wymierzać kary za nieposłuszeństwo wobec Rady. Co więcej, robi to w taki sposób, jakby to było zjedzenie śniadania, czy wypicie kawy. Nie boi się nikogo i niczego. Jest pewna siebie. I o matko, jak bardzo można się jej bać.

Nie inaczej jest z postacią, którą gra Halle Berry. Sofia to także silna kobieta, która w przeciwieństwie do Sędzi, łoi tyłki aż miło i to w jakim stylu! Sama też dostaje niemały łomot, umówmy się. Ale znowu – mamy bohaterkę z krwi i kości, która w jednej scenie jest elegancką panią na włościach, by za chwilę strzelać i wydawać komendy swoim psom w taki sposób, że nie jest się w stanie oderwać od niej oczu. Sądzę, że nie będzie zbyt dużą przesadą, jeśli stwierdzę, że skradła ona (i jej psy!) całą sekwencję walki w Casablance. Przysięgam, że jak już będę duża, sławna i bogata, to bardzo, ale to bardzo chcę być jak Sofia. Myślę, że jej postać jest świetnym wzorem do naśladowania. Nie chodzi tylko o to, w jaki sposób walczy, ale też o to, w jaki sposób rozmawia i jak prowadzi relację z protagonistą. Jej siła charakteru, to co przeżyła oraz decyzje, które podejmuje, w mojej ocenie są godne podziwu. Nie wiem, czy moralne. Ale na pewno bardzo odważne.

W kontekście postaci kobiecych, John Wick, choć fizycznie bardzo sprawny, choć wytrzymały, jest postacią, która w gruncie rzeczy jest bardzo słaba psychicznie. Jego jedyną siłą napędową, jest miłość i pamięć o zmarłej żonie. Jest to w pełni zrozumiałe, ale w żaden sposób, nie można powiedzieć, że Wick jest silny psychicznie. Tu znowu wychodzi na pierwszy plan jego „człowieczeństwo”. W trzeciej części bardzo wyraźnie widzimy, że nasz bohater jest po prostu zmęczony tym wszystkim, co się wokół jego osoby dzieje. Ma dość, podejmuje decyzje, które w mniejszym lub większym stopniu zapewnią mu przysłowiowy święty spokój. Z drugiej strony, jest w stanie zdobyć się na ogromne poświęcenie, żeby owy spokój osiągnąć. Sądzę, że nie będzie zbyt dużą przesadą, jeśli postawię tu tezę, która mówi, że największą słabością Johna Wicka jest…Miłość do zmarłej żony. Kurczę, nie jestem w stanie objąć swoim umysłem tego, jak bardzo musiał ją kochać. I wiecie co? Chyba mimo wszystko, bardzo mu tego wszystkiego zazdroszczę. Nie tego, co musiał zrobić, żeby ujść z życiem, ale właśnie tej siły, którą dawała mu miłość.

Bo wiecie, poza tym, że John Wick jest fenomenalnym kinem akcji, to przede wszystkim jest to opowieść o miłości. Zresztą, nie tylko o miłości. O słabościach, o cierpieniu. O poszukiwaniu spokoju. O tym, ile czasem trzeba poświęcić, żeby osiągnąć swój cel. I ja naprawdę wiem, że tego rodzaju filmów powstało już całe mnóstwo. Wiem, że te wszystkie motywy, które są wykorzystane w Johnie Wicku, już wcześniej były wykorzystywane w wielu filmach akcji. Ale co z tego? Nie sztuką jest wykorzystanie ogranego już motywu i po prostu wrzucenie go do filmu. Sztuką jest zrobienie tego, może nie w sposób oryginalny, bo o to jest naprawdę trudno, ale w taki sposób, aby porwać widza. Mało tego, ogranie tych wszystkich motywów w taki sposób, żeby w żaden sposób nie przeszkadzała nam nota bene miałka fabuła, to jest dopiero coś.

Żebyśmy jednak mieli jasność: nie uważam, żeby John Wick był kinem ambitnym, wybitnym czy jakimkolwiek, które w taki czy inny sposób zmieniło kinematografię. Nie. Ale sądzę też, że zupełnie nie taki był cel, kiedy produkcja powstawała. Ona miała dostarczać. Miała bawić. Miała być niegłupią rozrywką, która porwie widza bez żadnego „ALE”. I właśnie to się udało najlepiej na świecie. Połączenie fenomenalnych efektów wizualnych z rewelacyjną muzyką oraz choreografią walk, zrobiło robotę. Przysięgam, że scena z lustrami, to coś, czego do tej pory nie widziałam w kinie i nadal bardzo mocno zastanawiam się, w jaki sposób została nakręcona. To, jak niewiele było w każdej części kaskaderki jeśli chodzi o Keanu, także jest godne podziwu. Zasadniczo, jest mnóstwo elementów, które może nie zostałyby docenione przez „prawdziwych” krytyków filmowych, ale które dla masowego odbiorcy będą czymś absolutnie doskonałym.

Po cichu marzę o tym, żeby np. powstały gry oparte właśnie o przygody Johna Wicka. Och, uwierzcie mi, grałabym bardzo. Albo, żeby np. uniwersum to zyskało niemalże tak wielką popularność, jaką obecnie cieszy się MCU czy DC. Bo serio, każdy jeden film z Johnem Wickiem, to moim zdaniem nieskończony potencjał, jeśli chodzi o popkulturę i jego obecność w niej.

Wiecie, do czegoś wam się przyznam. Bardzo chciałam ocenić Wicka profesjonalnie. Skupić się na poważnych kwestiach, poddać analizie poszczególne wątki, analizować akcenty sposób reżyserii, tempo…Tylko potem zadałam sobie jedno pytanie: Jaki sens? Czy naprawdę chcę w pewien sposób zniszczyć sobie tę serię? Czy naprawdę chcę, trochę na siłę, szukać wad tej produkcji? Czy zawsze muszę znaleźć w filmie coś, do czego przysłowiowo mogłabym się przyczepić? I nie, nie chcę w ten sposób oceniać tej serii. Chcę zostać jej fangirl pełną gębą, chce piszczeć na każdym kolejnym filmie z zachwytu i zasłaniać oczy, kiedy dzieją się sceny naprawdę brutalne. Chcę kibicować Wickowi, no matter what. Innymi słowy: John Wick to seria, którą autentycznie chcę się bawić. Chcę, żeby ona mnie bawiła. Chcę móc przy niej odpoczywać. Umówmy się, jeśli film ma być rozrywką, to do jasnej cholery, nie psujmy tego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!