Jestem mordercą – idealny film na jesień

Wspominałam już niejednokrotnie, że ten rok, jest naprawdę dobry dla polskiej kinematografii. Wspominałam i pewnie jeszcze nie jeden raz wspomnę, że niemały w tym udział ma Arkadiusz Jakubik. Między innymi to właśnie jego możemy podziwiać w roli mordercy – domniemanego Wampira z Zagłębia – w filmie w reżyserii Macieja Pieprzycy, pod bardzo znamiennym tytułem Jestem mordercą. Szłam na ten film do kina i oczekiwałam kryminału. Cóż, Jestem mordercą, może i jest kryminałem, natomiast w znacznie większym stopniu jest to dramat i to całkiem niezły. Dodajmy – dramat psychologiczny. Tak czy tak, nie uważam, żeby seans – mimo iż niekoniecznie dostałam to, po co szłam – mogę zaliczyć do jednych z lepszych, na których w tym roku miałam okazję być.

Zacznijmy od tego, o czym w zasadzie film opowiada. Maciej Pieprzyca, bazuje na dość starym i w gruncie rzeczy oklepanym schemacie, bardzo często wykorzystywanym w filmach gangsterskich. Mamy bowiem oprawcę i tego, który go ściga. Oprawcą jest, wspomniany wcześniej, Wampir z Zagłębia, zaś ściga go młody, w zasadzie dopiero początkujący policjant – Janusz Jasiński, grany przez Mirosława Haniszewskiego. I tu mam pierwszą zagwozdkę. Pojęcia nie mam, skąd się wziął ten aktor. Nie kojarzę go z absolutnie żadnej produkcji, nawet z żadnego serialu. Według informacji, które udało mi się znaleźć, aktor ten nie grał w zasadzie żadnej większej roli. Jedyną rolę pierwszoplanową zagrał w piętnastominutowym filmie, pt. Mam Cię. Filmu nie widziałam, więc ciężko jest mi go w jakikolwiek sposób oceniać. Nie oznacza to jednak, że jest to aktor zły. Wprost przeciwnie. Została mu powierzona bardzo trudna, skomplikowana rola, a do tego – rola główna. To od postaci porucznika – bo na tym etapie poznajemy naszego policjanta – zależy w zasadzie cały film. Pomijając już kwestię tego, jak dobrze jest to napisana postać, w połączeniu z tym, jak została ona zagrana, otrzymujemy swoiste, małe dzieło sztuki filmowej. Wedle tego, co w swojej recenzji twierdzili Sfilmowani, aktor przypomina im młodego starego Stuhra. Mi nie przypomina, jednakże nie zmienia to faktu, że patrzy się na niego bardzo przyjemnie.

Porucznikowi Jasińskiemu, zostaje przydzielona sprawa Wampira z Zagłębia. To takie trochę „kukułcze jajo”, bo nikt w danym wydziale, nie chce sprawy przyjąć, a ci, co ją wcześniej prowadzili, ponieśli fiasko. Naczelnik wydziału, postanawia zatem pod pretekstem rychłego awansu, przydzielić sprawę właśnie Jasińskiemu. Rad nierad, porucznik sprawę przyjmuje i rozpoczyna swoją pogoń za legendarnym Wampirem z Zagłębia.

Świetne jest to, że w zasadzie przez połowę filmu, Wampir funkcjonuje jedynie w opowieściach. Widzimy jedynie efekty jego działań, słyszymy, jak się o nim mówi. Na ekranie się jednak nie pojawia. To w doskonały sposób wzbudza ciekawość widza, sprawia, że fabuła zaczyna być wciągająca i w zasadzie nie jesteśmy w stanie się od niej oderwać. W końcu jednak nadchodzi ten moment, kiedy nasz Wampir się pojawia. I jest to takie trochę danie główne – widz może śmiało sobie powiedzieć „No nareszcie!”.

Arkadiusz Jakubik, wcielający się w postać Wampira, gra obłędnie, ale tego nie trzeba nikomu tłumaczyć, ani tym bardziej nikogo do tego przekonywać. To, co jest jednak godne podkreślenia, to sam fakt, jak napisana została postać Wampira. Wampir mówi mało. Wampir gra mimiką, gestami i trzeba przyznać, że robi to świetnie. Co więcej, to wcale nie jest postać jednoznaczna. Nie jesteśmy w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy Wampir był mordercą, czy też nie. Nie ma żadnego, mocnego dowodu. To z kolei jest piękny ukłon w stronę prawdziwej historii Wampira. Realnie, tez w zasadzie nie stwierdzono w stu procentach, że to właśnie on zabijał, że to dokładnie ta, a nie inna osoba. We wszelkich źródłach, tożsamość Wampira opisywana jest jako „domniemany” i filmie bardzo mocno się tego trzymano.

To, co mnie zaskoczyło, jeśli chodzi o aktorstwo w tym filmie, to wprost genialna Agata Kulesza. Rola, w której została ona obsadzona, wcale nie należała do najłatwiejszych, a mimo to, doskonale się ona spisała. Nie dziwi mnie to, wszak Kulesza dobrą aktorką jest i to wiemy nie od dziś. Pozytywnie zaskoczyło mnie jednak zupełnie coś innego. Kulesza gra tutaj typową, rodowitą Ślązaczkę. Mówi po śląsku. Ci, którzy przynajmniej raz zetknęli się z tą gwarą, wiedzą, że nie jest to rzecz prosta do nauczenia się. Kulesza natomiast poradziła sobie z tym zadaniem doskonale – jest autentyczna, nie słychać w ogóle, ze to, co mówi jest wyuczone, czy też – dobrze zagrane. Ona cała jest babą ze Śląska – tak to nazwijmy. To to zdanie, które przewija się w filmie co najmniej kilka, jak nie kilkanaście razy : Buty polył!

Wspominałam, że szłam na ten film w nadziei na dobry kryminał. Owszem, intryga była pomyślana całkiem nieźle, trzymała w napięciu, nie była w żadnym stopniu sztampowa. Jest jednak coś, co zasługuje na znacznie więcej uwagi, a mianowicie psychologia postaci. Maciej Pieprzyca, postanowił w dość mocny i dobitny sposób pokazać, co może stać się z człowiekiem, kiedy przestanie być wierny samemu sobie. Tak, dobrze czytacie – Jestem mordercą, pomijając historię Wampira, opowiada tak w zasadzie o tym, jak bardzo niewiele trzeba, aby człowiek diametralnie się zmienił. Tutaj, za przykład takiej osoby wzięto naszego porucznika. Poznajemy go w momencie, kiedy wraz z żoną i synkiem mieszkają w niekoniecznie ciekawej dzielnicy, zaraz przy torach kolejowych. Umówmy się – na Śląsku WSZYSTKIE mieszkania są przy torach. Moja babcia też mieszka koło torów kolejowych i może nie do końca mieszka na Śląsku, ale do Katowic nie jest stamtąd daleko. Nasz główny bohater, wiedzie całkiem spokojne i poukładane życie. Ma żonę, która bardzo kocha i synka, dla którego gotów jest zrobić wszystko.

Sytuacja zaczyna się zmieniać, kiedy prowadzone przez niego śledztwo staje się coraz bardziej problematyczne. Widzimy tutaj pewną zależność pomiędzy tym, jak komplikuje się sama w sobie sprawa i jak niemalże równolegle komplikuje się życie naszego bohatera. Można powiedzieć, że im dłużej śledztwo trwa, tym gorzej się to odbija na życiu prywatnym naszego porucznika. Owszem, bardzo szybko awansuje, wspina się po szczeblach kariery w zastraszającym tempie. Dostaje lepsze mieszkanie, kolorowy telewizor, lepszą pensję… Tylko, że to zawsze jest coś kosztem czegoś. Nasz bohater z każdą kolejną odsłoną śledztwa, stacza się na dno, mimo iż pozornie wszystko idzie w jak najlepszym kierunku. Przyczyna tego jest jedna – nie ma on wystarczająco silnych dowodów, które w jednoznaczny sposób obciążyły by Wampira, a jednocześnie wywierane są na niego naciski „z góry”, by jak najszybciej zakończyć śledztwo. To, co dzieje się z naszym porucznikiem, doskonale obrazuje jedna ze scen, w której widzimy go jak siedzi przed tablicą, na której zostały oznaczone punkty popełnienia morderstw i jednocześnie pije wódkę. Montaż tej sceny, mimika bohatera oraz muzyka – to wszystko pokazuje nam więcej, niż przysłowiowe tysiąc słów. Widzimy to, jak bardzo nasz bohater nie radzi sobie z całą sytuacją, a jednocześnie, jak bardzo chce sobie z nią poradzić. Tego typu scen jest w filmie znacznie więcej. W ostatecznym rozrachunku, wszystkie te elementy budują nam obraz człowieka, który pozornie wspiął się na szczyt – nie tylko władzy, ale i zawodowo. Reżyser jednak bardzo bezpośrednio zadaje widzowi pytanie: Czy cena, którą za to zapłacił, była tego warta?

Znalezione obrazy dla zapytania jestem mordercą

Jestem mordercą to też kawał naprawdę dobrej roboty, jeśli chodzi o montaż i oświetlenie. Tutaj bardzo wyraźnie widzimy to, że światło odgrywa znaczącą rolę w niemalże każdej scenie. Dialogi, których w filmie jest jednak bardzo dużo, są ciekawie pokazane. To nie są typowe „gadające głowy”, mimo iż pozornie może nam się wydawać, że tak to właśnie wygląda. Światło, które rzucane jest pod odpowiednim kątem, czasem nawet tak, że zupełnie tego nie zauważać, robi bardzo, ale to bardzo dużo. To trochę jak z dobrym i złym obrazem. Możemy wziąć bardzo utalentowanego malarza i takiego, powiedzmy średniego. Ten utalentowany, będzie nam w stanie za pomocą światła pokazać jedną rzecz, na przynajmniej kilka różnych sposobów. Ten mniej utalentowany, znajdzie co najwyżej trzy. Dokładnie to ma miejsce w filmie. Każda, z pozoru przecież taka sama scena dialogowa, wygląda inaczej, ma inną dynamikę, inaczej ją odbieramy. Dużo jest też scen dialogów, ukazywanych symetrycznie, ale co bardzo ważne, to wcale nie są spokojne i wyważone sceny. Z reguły jest bowiem tak, że symetria w kadrze, ma uspokajać. W Jestem mordercą, pełni ona wprost odwrotną rolę.

Znalezione obrazy dla zapytania jestem mordercą

Warto też zwrócić uwagę na scenografię filmu. Trzeba przyznać, że temat plus miejsce akcji plus czas akcji tejże historii, bardzo dobrze ze sobą współgrają. Co dokładnie mam na myśli? Otóż chodzi przede wszystkim o czas, w którym dzieją się przedstawiane w filmie wydarzenia. To polskie lata siedemdziesiąte, a zatem PRL w pełni. Śląsk wydaje się idealnym miejscem, w którym można pokazać ten właśnie czas, ponieważ, nie obrażając nikogo, kto z południa Polski pochodzi, tam wszystko wygląda tak samo. Mam tam rodzinę, czasem odwiedzam, to wiem z autopsji. Peryferia miast, czy też blokowiska – nierzadko może nam się zdawać, że czas się tam zupełnie zatrzymał. Tym samym, nie sposób odnieść wrażenia, że miejsca w zasadzie same w sobie są doskonałą scenografią i co bardzo ważne – podkreślają klimat tamtych czasów. Nie brakuje w tym wszystkim oczywiście humoru. Szczerze miałam już trochę dość filmów, które zostają osadzone w realiach PRL i są do bólu smutne. Jestem mordercą troszeczkę się z tej epoki naśmiewa. Scena, w której już kapitan, Jasiński, przynosi do domu kolorowy telewizor jest doskonałym przykładem tego jak pięknie i jednocześnie dyskretnie można się troszeczkę z minionej epoki pośmiać. Albo chociażby scena zasadzki na Wampira. Benny Hill to przy tym pikuś, uwierzcie mi. Co zatem widać dobrze, to właśnie ten kontrast – pomiędzy dość smutną i przygnębiającą scenografią a tymi, małymi bo małymi, ale jednak zauważalnymi, elementami humorystycznymi.

Znalezione obrazy dla zapytania jestem mordercą film

Maciej Pieprzyca robi w swoim najnowszym filmie też jeszcze jedną, bardzo dobrą rzecz. Mianowicie – klamry kompozycyjne. Jestem mordercą jest produkcją przemyślaną od początku do końca – w dosłownym znaczeniu. Film zaczyna scena, która pod sam jego koniec do nas niejako wraca. To nie jest lekka i przyjemna scena, niemniej jednak – bardzo potrzebna. Śmiem przypuszczać, że w dużej mierze właśnie początek i koniec filmu są kluczowe dla zrozumienia jego całości. Kluczowe, jeśli chodzi o wymowę. Możemy tu bowiem pokusić się o próbę interpretacji symboliki. Nie chciałabym się jednak w ten temat za bardzo zagłębiać, dlatego napiszę, że to, co dzieje się „w środku filmu” nie miałoby takiej a nie innej wymowy, gdyby nie klamra kompozycyjna, która cały film scala ze sobą.

Jestem mordercą to film, który zdecydowanie można polecić, zarówno, jeśli mamy ochotę na kino ambitne, jak i takie nieco mniej ambitne. Ta produkcja łączy w sobie elementy kina, jakby nie patrzeć rozrywkowego z kinem ambitnym. W efekcie otrzymujemy całkiem spójną i łatwo przyswajalną całość, która wydaje się być idealna, szczególnie na jesień. Nie wyjdziemy z kina zdruzgotani, ale też nie będziemy czuli, że zrobiono z nas idiotów. Film nas w żadnym stopniu nie ogłupi. Owszem zmusi nas do myślenia, być może zobaczymy w nim jakieś elementy naszego życia, ale nie będzie to wizja druzgocząca. Gwarantuję Wam, ze wyjdziecie z kina z poczuciem tego, ze obejrzeliście porządny, polski film, o którym z czystym sumieniem można powiedzieć, że został dobrze nakręcony. Nie nastawiajcie się zatem na nic – w moim przypadku ta zasada sprawdzała się wielokrotnie. Po prostu idźcie do kina i cieszcie się nim. Jestem mordercą to prawdziwa uczta dla tych z Was, którzy cenią sobie dobre, mocne ale nie przygnębiające, kino.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!