Tonya, jesteś najlepsza czyli recenzja filmu I, Tonya

Łyżwiarstwo figurowe kocham od zawsze. Jak miałam może siedem lat, sama zaczęłam jeździć na łyżwach i to nie dlatego, że ktoś mi kazał, ale sama ciągnęłam na lodowiska wszelkie. Tata cierpliwie, co sobotę woził mnie na lodowisko, jak tylko zaczął się sezon. Potem gdzieś mi się to rozmyło, ale nadal uwielbiam lodowiska. Stąd też, moja ciekawość względem filmu I, Tonya (wybaczcie, ale polski „podtytuł” to jest jakaś pomyłka czy coś) była niemała. Wiele oczekiwałam, nie przeczę. Czy się zawiodłam? Nie nazwałabym tego tak.

Zacznijmy od formy, jaką reżyser zdecydował się obrać. Cały film, robiony jest na modłę dokumentu, przez co w mojej opinii wypada dużo bardziej wiarygodnie. Już wyjaśniam dlaczego. Postaci kadrowane są w taki sposób, jakby mówiły wprost do widza. Nierzadko też przełamywana jest czwarta ściana, co także zaliczam na plus. No i język, jakim posługują się bohaterowie, z jakiegoś powodu podkreśla ich autentyczność. Osobiście, uwierzyłam w każdą jedną postać, co więcej, z zapartym tchem czekałam na to, co będzie dalej, mimo że doskonale znam tę historię. Nawiasem mówiąc, wyobraźcie sobie 4 letniego berbecia, który kibicuje Amerykańskiej łyżwiarce figurowej, siedząc na kanapie przed poczciwym crtkiem. Tak, to ja.

Wracając jednak do formy. Arcyciekawe jest dla mnie to, jak twórcom, którzy przecież chyba byli świadomi tego, że część widzów zna te historie, udało się zaszczepić taką ciekawość. Oczywiście, forma nie jest tutaj bez znaczenia, ale i narracja i właśnie to przełamywanie czwartej ściany, wiele w tym aspekcie działa. No i kolejna rzecz: I, Tonya, nie wskazuje jednego narratora. Wydarzenia poznajemy z różnych perspektyw: matki, samej Tonyi, jej chłopaka, dziennikarzy czy wreszcie pierwszej trenerki. To sprawia, że nie jesteśmy w stanie – przynajmniej przez lwią część filmu – opowiedzieć się po którejkolwiek ze stron. Tutaj każdy ma swoje racje – bardziej przekonujące, lepsze czy gorsze. Argumentacja oraz to, w jaki sposób niektóre fakty są przedstawiane przez postaci, podkreśla nie tylko wiarygodność samej historii, ale też sprawia, że każdy z bohaterów jest jakiś. Tu nie ma postaci nijakich, co też zaliczam na plus.

Kolejną kwestią, która wzbudziła w Internecie sporo kontrowersji, jest humor. Albo raczej to, co sprawia, że mimowolnie zaczynamy się śmiać. Umówmy się, Tonya Harding nie miała lekko. Tak naprawdę poświeciła całe swoje życie na to, aby jeździć na łyżwach. Film kładzie na to największy akcent, który dodatkowo wybrzmiewa w sekwencji finałowej. Natomiast zanim dochodzimy do finału, poza tym, że śledzimy historię Tonyi, mamy całe mnóstwo świetnych, zabawnych tekstów.I teoretycznie, nie powinny nas one bawić, bo to trochę tak, jakby wyśmiewać się z bohaterów. Z drugiej jednak strony, moje odczucia przez cały film były dużo bardziej zbliżone do współczucia aniżeli do tego, by w jakikolwiek sposób było mi do śmiechu. Cała kariera Tonyi to pasmo mniejszych lub większych rozczarowań. Jednym stałym elementem, jest tutaj jej upór, zapał i ambicja. Czasem jednak okoliczności są na tyle ciężkie,że nawet to nie wystarczy, by zrealizować marzenia.

I, Tonya to opowieść nie tylko o karierze i marzeniach, to nie tylko parafraza stwierdzenia „od zera do bohatera” (choć w tym przypadku bardziej : „od zera do zera”). I, Tonya to też świetnie pokazane relacje między bohaterami. Szczególnie pomiędzy matką a córką. Wykreowana przez Alison Janney postać matki Tonyi to jest jakieś cholerne arcydzieło aktorskie. Po pierwsze – wcale nie tak łatwo (tak przypuszczam) zagrać matkę, która wprost nienawidzi swojego dziecka. Albo może inaczej: matkę, która nie potrafi pokazać swojemu dziecku, jak bardzo jest dla niej ważne. Janney udaje się to koncertowo. Poza tym, jej tekst są bardzo w punkt, mimika bohaterki to też jest złoto. Ogólnie cała kreacja matki Tonyi, w połączeniu z charakteryzacją, narracją czy wreszcie tym, jak wygląda ta relacja na płaszczyźnie emocjonalnej, to jest mistrzostwo świata.

Nie byłoby tej relacji, albo przynajmniej jej wydźwięk nie byłby tak mocny, gdyby nie rola Margot Robbie. Chemia pomiędzy Robbie a Janney jest doskonała, ale to nie znaczy, że tak jak w przypadku kreacji Janney nie mam zastrzeżeń, tak samo jest i w przypadku Robbie. Po pierwsze, porównanie tego, jak wyglądała Toya, a jak prezentuje się Robbie…No w mojej ocenie Margot jest po prostu za ładna do tej roli. Owszem, charakteryzacja robi swoje, ale i tak mam tutaj pewne zgrzyty. Rozumiem jednak, że dużo większy nacisk położono na to, jak ta postać może być zagrana i tutaj nie mam żadnych zastrzeżeń. Charakterystyczna chrypka z jaką wypowiada się Robbie wcielająca się w postać Tonyi, to jest naprawdę fajny smaczek. Plus, chciałam zaznaczyć, że cieszę się mimo wszystko, że Robbie w końcu dostała zupełnie „inną” rolę do zagrania niż dotychczas. Nie jestem jednak fanką tych min na lodowisku, uśmiechu, który jest przesadzony etc. No nie do końca to kupuję. Ale to w zasadzie wszystkie zgrzyty, jakie mam, jeśli chodzi o tę postać.

Drugi plan, poza postacią Lavony, także wypada bardzo dobrze, szczególnie postać kumpla byłego męża Tonyi. To trochę komiczna postać, ale z drugiej strony też wzbudzająca we mnie bardziej współczucie, niż cokolwiek innego. Jedyną postacią, której absolutnie, w żadnym momencie nie było mi szkoda, to właśnie były mąż Tonyi. Jeśli miałabym jasno powiedzieć, który z bohaterów wkurzał mnie najbardziej i którego darzyłam najmniejszą sympatią, to Jeff Gillooy nie ma tutaj żadnej konkurencji.

Ja, Tonya, poza bardzo dobrze zagranymi postaciami, jest też filmem, którego aspekty techniczne są na bardzo wysokim poziomie. Nie chodzi mi tylko o montaż sam w sobie, ale i o dźwięk. Serio, umówmy się: Kiedy robimy film o łyżwiarce figurowej, dobrze jest zadbać o to, aby dźwięk łyżew na lodowisku był możliwie jak najlepiej oddany. I tutaj jest! Nie mam żadnego zgrzytu jeśli chodzi zarówno o kwestie montażowe, jak i dźwiękowe. Powiem więcej: Ja, Tonya jest nominowana do Oscara właśnie za montaż. I nie wiem, czy to czasem nie jest mój faworyt. Poważnym zagrożeniem jest tutaj Baby Driver oraz Dunkierka, ale osobiście bardzo kibicuję właśnie I, Tonya. Jeśli zaś chodzi o dwie pozostałe nominacje, czyli aktorka drugoplanowa i pierwszoplanowa, to Margot Robbie nie ma szans chociażby z Frances McDormand. Natomiast Allison Janney może to wygrać ( na co po cichu liczę).

Największy problem, jaki mam z I. Tonya, to mniej więcej ostatnie 40% filmu. Ja absolutnie rozumiem, że „incydent” odegrał kluczową rolę w zakończeniu kariery Tonyi. Serio, kumam, że to było ważne. Ale po co tak bardzo tę całą aferę tak rozgrzebywać? Wydaje mi się, że stanowczo za dużo czasu poświęcono tej sprawie, nawet pomimo tego, jak ważna ona była. Ta kwestia, spokojnie mogła zostać skrócona o jakieś 20 minut i film by na tym w żaden sposób nie ucierpiał. No i też zupełnie nie rozumiem ostatniej sceny, wydaje mi się ona po pierwsze mocno nad wyrost, a po drugie, zupełnie odstaje od całości produkcji. Trochę szkoda, bo przez lwią część filmu bawiłam się naprawdę dobrze.

Mimo wszystko polecam zobaczyć I, Tonya. Nawet, jeśli nie jesteście wielkimi fanami łyżwiarstwa figurowego, nawet jeśli zupełnie nie znacie tej historii (i skandalu), to gwarantuję wam, że będziecie się bardzo dobrze bawić. I, Tonya daleka jest od patosu, czy takiej swoistej ciężkości. To historia opowiedziana w bardzo przystępny sposób, a przy tym całkiem przyzwoicie zagrana.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!