Influencer – czy naprawdę muszę nim być, jeśli nie chcę?

Nie uważam, że jestem influencerką. W mojej ocenie to bardzo duże słowo, a określać się tym mianem mogą, przynajmniej w mojej ocenie, osoby, które faktycznie mają wpływ na życie innych osób. Influencer, to nie tylko bloger czy youtuber, ale też np. dziennikarz czy aktor. Jeśli swoim zachowaniem, swoimi działaniami, realnie wpływa na społeczeństwo, to jest Influencerem. Świetnym przykładem takiego działania, w mojej opinii, jest Jurek Owsiak. To, co i jak robi, faktycznie ma realny wpływ na życie innych (w dosłownym znaczeniu). Nie tylko „stoją za nim ludzie”. Swoje działania motywuje tym, że chce poprawiać życie innych, a nie swoje. WOŚP jest obecnie fundacją (czy nawet marką), którą zna każdy – nie tylko w kraju ale i za granicą. Czy zatem mówienie o tym, że jest się influencerem, nawet w skali mikro, jest poprawne? Czy rzeczywiście osoba, która ma, powiedzmy, kilkadziesiąt tysięcy subskrypcji na YouTube, może być influencerem? I czy naprawdę jest tak, że jeśli nie chcemy być influencerem, to musimy?

Dlaczego w ogóle poruszam temat influencerów? Wszystko za sprawą wczorajszej prelekcji, której miałam wątpliwą przyjemność wysłuchać w ramach toruńskich Czwartków z Social Media. Założenie tego spotkania jest bardzo proste: kierowane jest ono do freelancerów, osób, prowadzących własny biznes w Sieci, blogerów i youtuberów – innymi słowy wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób działają w Sieci i chcą poprawiać jakość i skuteczność swoich działań. Nie jest zatem błędnym założeniem to, że takie spotkania muszą odznaczać się bardzo wysokim poziomem wiedzy prelegentów. Kiedy idziemy na taki event, oczekujemy tego, że faktycznie się dowiemy jak robić to, co robimy, lepiej, że poznamy konkretne case study. Tak było w przypadku pierwszej wygłoszonej prelekcji, której autorem był Patryk Ciechanowski. Konkretna analiza działań, metod, przykłady, które doskonale obrazowały mechanizm działania w social mediach – to wszystko było w prelekcji Patryka i składam w tym miejscu ogromne podziękowania dla niego za jej przygotowanie.

Niestety, druga prelekcja już taka dobra nie była. Drugi prelegent, nie wykazał się niestety żadną wiedzą. Nie pokazał mi niczego, co byłoby dla mnie jakąkolwiek wartością dodaną. Gdyby jednak chodziło tylko i wyłącznie o brak merytoryki czy o po prostu – źle przygotowane wystąpienie, pewnie w ogóle nie poświęcałabym czasu na ten temat. Sęk w tym, że wystąpienie tego prelegenta nie tylko było pozbawione wartości merytorycznej, ale też – bardzo szkodliwe w swoim wydźwięku.

Rozumiem, że indywidualne podejście do tematyki, którą blogerzy i youtuberzy podejmują na swoich kanałach, to bardzo ważna kwestia. Wszak jeśli chcemy komuś o czymś opowiedzieć, bardziej wiarygodni stajemy się wówczas, kiedy wygłaszamy konkretne opinie na dany temat. Nikt nie oczekuje tego, że będą one obiektywne. Subiektywne spojrzenie na tematykę prezentowaną na swoim kanale (chociażby w przypadku recenzji) jest czymś, czego nasi odbiorcy od nas oczekują. Bardzo często ich opinia jest dla nas ważna a nierzadko staje się spójna z naszą. Jeśli np. wiemy, że ktoś jest specjalistą w dziedzinie książek fantasy zaufamy mu, jeśli skrytykuje lub pochwali daną książkę. Jeśli ktoś wie, w jaki sposób wykonywać makijaż i pokazuje różne sposoby jego wykonywania na swoim kanale – także mu zaufamy. Wreszcie, jeśli ktoś jest rodzicem i chce dzielić się swoim doświadczeniem rodzicielskim na swoim kanale, a dodatkowo popiera swoje działania wiedzą i doświadczeniem – również mu zaufamy. Tak naprawdę nie ma znaczenia, o jakiej „branży” w Sieci mówimy. Jeśli tylko dana osoba jest w naszym mniemaniu wiarygodna, zwyczajnie jej ufamy.

Zanim jednak zdecydujemy się takiej osobie zaufać, zwracamy uwagę na to, w jaki sposób przekazuje ona treści. Nie chodzi tutaj o kanał dystrybucji, choć czasem rzeczywiście ma to znaczenie. Przede wszystkim, chodzi tutaj o język, którego twórca internetowy używa, aby dotrzeć do swoich odbiorców. Z reguły, stara się on mówić językiem, który jest tożsamy dla niego samego, bo przez to podkreśla swoją wiarygodność. Nie twierdzę, że to źle. Jeśli jednak twórca przyjmuje postawę, która z góry zakłada, że tylko on ma rację i jego zdanie jest najważniejsze na świecie, a zdanie innych się nie liczy, to coś jest bardzo nie tak.

W przypadku prelegenta o którym mówię, miałam nieodparte wrażenie, że nie przyszedł on na to spotkanie podzielić się swoją wiedzą, a jedynie pochwalić tym, co robi. Prezentował postawę, która jasno dawała do zrozumienia, że ma o sobie bardzo wysokie mniemanie, że wie najlepiej co i jak trzeba robić a inni, to w ogóle gadają bzdury. Poza tym, mówienie o swoim prywatnym życiu w kontekście prelekcji dla osób zainteresowanych metodami działań w Sieci, nie jest najlepszym rozwiązaniem. Rozumiem, że jego wiara, czy sposób patrzenia na świat, jest dla niego, a co za tym idzie – dla jego kanału – bardzo ważny. Rozumiem, że dzięki temu znalazł niszę, do której trafia. Absolutnie nie ujmuję mu sukcesu, który osiągnął.

Kwestie takie jak to, co ma wygrawerowane na obrączce on i jego żona, naprawdę mnie nie interesują. Nie interesuje mnie też to, że nie ściąga obrączki. Naprawdę, nie chcę wiedzieć, ile dzieci ma, jak mają na imię. Jak również nie interesuje mnie to, w co wierzy i jak bardzo jego wiara jest dla niego ważna. Nie po takie informacje przychodzę na takie spotkania. Chcę mięsa, chcę konkretów. Chcę dowiedzieć się, jak robić to, co robię, lepiej.

Kolejną kwestią, która naprawdę mnie bardzo zbulwersowała, było bardzo słabe przygotowanie się prelegenta, chociażby na zadawane przez publiczność pytania. Kiedy otwarcie spytałam, czy uważa, że na You Tube nie ma dobrego parentingu, usłyszałam, że owszem nie ma. Sens jego wypowiedzi kazał mi się domyślić, że tylko jego parenting jest dobry. Od razu pomyślałam o Malwinie z Bakusiowo. Usłyszałam, że owszem, „Malwina robi super robotę, ale nie ma dużej widowni na yt, bo jednak większość osób jest u niej na blogu”. Okej, w porządku. Rzeczywiście, 12k subskrypcji w porównaniu z prawie 50k, to raczej mało. Nie znam blogosfery i vlogosfery parentingowej, więc postanowiłam w domu zrobić research.

Pierwszym kanałem, z blisko 80k subskrypcji, który został przywołany jako dobry kanał parentingowy, jest 10minutspokoju. Oto jego opis: Justyna, Barbara i Jadzia – to my! Razem tworzymy pierwszy vlog parentingowy! Mamy nadzieję, że zostaniecie z nami co najmniej na 10 minut.

źródło: https://www.youtube.com/channel/UCvzoAf5ml-y93L6KqQmNvag

Niestety, najpewniej w opinii prelegenta, kanał parentingowy to taki, który prowadzony jest przez obojga rodziców. Czyli jeśli Justyna nie pokazuje swojego męża na kanale, to nie jest parentingiem? W opinii prelegenta, nie.

Idźmy jednak dalej. Według rankingu przeprowadzonego przez influencer.pl, na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o „Najlepsze blogi parentingowe” figuruje Mammy Doriska. Prowadzi aż 3 kanały, w tym jeden sensu stricto parentingowy. Sprawdziłam, ile ma subskrypcji. Obecnie: ponad 200 tysięcy. Z tego, co zawarte jest w opisie kanału, też jasno wynika, że mąż Doris nie zawsze pokazuje się na kanale. Czy zatem jej kanał także nie jest parentingowy?

Ciekawe jest to, że kanału prelegenta, nie ma w zestawieniu portalu influencer.pl.

W ostatnim rankingu Jasona Hunta, jego kanał także nie został wymieniony.

Kolejną kwestią, która niesamowicie zabolała mnie, jeśli chodzi o język, którym posługiwał się prelegent, to bardzo pejoratywny stosunek do „Instamatek”. Zakłada on, że są to kobiety, które „nie mają co robić w domu, więc siedzą na Instagramie”. Jasne, część tego rodzaju społeczności z pewnością taka jest, natomiast generalizowanie i wrzucanie wszystkich matek do jednego worka, jest w mojej opinii bardzo krzywdzące. Co więcej, dowiedziałam się też, że instamatka nie może robić parentingu, bo jest „tylko matką”. Wywnioskowałam zatem, że prelegent nie ma najlepszej opinii o matkach, które nie chwalą się swoimi mężami czy partnerami. Nie zagłębia tematu, nie wnika, po prostu ocenia. Influencer, jeśli chce być wiarygodnym źródłem, w żaden sposób nie powinien oceniać swoich odbiorców. Nie powinien też „patrzeć na nich z góry”. A taką postawę, niestety, prezentował prelegent.

Nie byłam pewna, czy dobrze zrozumiałam to, co sprawiło, że wspomniany prelegent stał się tak popularny, więc dopytałam. Okazało się, że jednak nie pomyliłam się i publikacja filmu z jego własnego wesela przyniosła mu tak ogromną popularność. Tutaj rodzą się dwa pytania: Czy jeśli ktoś nie chce być vlogerem czy też blogerem (co dość mocno było podkreślane), to czy publikuje cokolwiek w Sieci? A już szczególnie, czy publikuje tak prywatną rzecz, którą jest film ze ślubu i umieszcza ją na kanale na YouTube w opcji „publiczny film”? A po drugie: czy jeśli mówi, że za kilka lat chciałby zniknąć z Sieci, to czy nie jest to pewien rodzaj hipokryzji? Dlaczego nie zniknie teraz, skoro obecność w Sieci tak bardzo mu przeszkadza?

Nie chcę nikogo oceniać, ale jeśli mówimy otwarcie o tym, że chcielibyśmy „zniknąć z Internetów za kilka lat”, to dlaczego nie zrobimy tego teraz? Czy taka osoba, chce „złapać” jeszcze trochę followersów? Czy chce nawiązać jakąś intratną współpracę? A może po prostu chce się jeszcze tym internetem „pobawić”? Jeśli miałabym mówić ze swojej perspektywy, to jeśli chciałabym przestać tworzyć, zrobiłabym to teraz. Nie za kilka lat, nie kiedyś. Jeśli w głowie twórcy pojawia się taka myśl i jest jej pewien, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby wdrożyć ją w życie. Nikt nie każe nikomu publikować treści. Jasne, fani mogą OCZEKIWAĆ treści, ale nie są w stanie zmusić vlogera czy blogera do tego, aby nadal pisał. Jeśli rzeczywiście mówimy o naprawdę zaangażowanej społeczności, to taka społeczność zwykle rozumie takie decyzje. Blogerzy i vlogerzy to też ludzie. Mają swoje lepsze i gorsze momenty. Czasem ich życie wywraca się do góry nogami i po prostu nie mogą/nie są w stanie pisać. Przykładem może być tutaj dość mały kanał, ale jednak już martwy (nieważne, czy tymczasowo, czy nie) czyli Arabean. Ostatni film opublikowany na YouTube jest sprzed roku. Na fan page’u nie dzieje się nic, ostatni post jest z marca 2018. To przykład twórcy, który z takich czy innych względów zdecydował się odejść z Sieci, a przynajmniej nie kontynuować tworzenia tego konkretnego kanału.

Rozumiem, dlaczego Organizatorzy zdecydowali się zaprosić tego prelegenta, natomiast zupełnie nie wiem, dlaczego nikt nie pilnował CZASU jego prezentacji. Jeśli przygotowuję prelekcję, to z reguły wiem, ile mogę przeznaczyć na nią czasu. Staram się ją zatem przygotować w taki sposób, aby zawrzeć wszystkie ważne informacje w tym konkretnym czasie. Prelegent, o którym mówię, dość mocno przekroczył ten czas, cudem jest w ogóle to, że udało mi się zadać pytania. Nie ukrywam, że nie jestem zadowolona z odpowiedzi, które zostały udzielone. Moi znajomi, z którymi byłam na tym wydarzeniu, bardzo mocno powstrzymywali mnie przed drążeniem tematu i zadawaniem coraz to bardziej „niewygodnych” pytań. Na sali pojawiały się głosy, że prelegent „zaraz zostanie zjedzony”. Cóż, nie ukrywam też, że byłam dość mocno zdenerwowana całą prelekcją, miałam też poczucie zmarnowanego czasu. W żaden sposób nie była ona ciekawa dla mnie i podejrzewam (sądząc po opiniach innych uczestników), że nie byłam w tym poczuciu osamotniona. Jeśli na event związany z szeroko pojmowanym marketingiem w Sieci, z byciem influencerem, zapraszamy prelegenta, który jedyne, co może nam zaprezentować to tylko i wyłącznie swoje sukcesy, nie zaś wiedzę i doświadczenie, to nie jest to wartość dodana dla takiego wydarzenia. Uczestnicy takiego wydarzenia oczekują przede wszystkim WIEDZY na temat tego, jak działać w Sieci, żeby te działania faktycznie przynosiły nam korzyść. Co nam po tym, że zobaczymy statystyki? Co nam po tym, że prelegent pokaże, ilu ma followersów na Instagramie? Nie mogę wypowiadać się w imieniu wszystkich, którzy brali udział w tym wydarzeniu, ale ja osobiście jestem bardziej zainteresowana tym, W JAKI SPOSÓB ZDOBYŁ TYCH FOLLOWERSÓW. A jeśli jedyną odpowiedzią prelegenta jest to, że „po prostu opublikowałem film ze swojego ślubu”, to dla mnie jest to przekaz który mówi: „Weź ślub, opublikuj ładny film, ludzie przyjdą”.

Kompletnie nie jestem w stanie zrozumieć fenomenu tego kanału. Nie jestem w stanie ogarnąć, co tak naprawdę zadziałało. Wspomniany film ma blisko 40 minut, czyli zupełnie nie tyle, ile faktycznie powinny mieć „klikalne” filmiki na YouTube. Przyjmuje się bowiem, że średnia długość filmu na YT to około 15 minut. Być może się mylę, ale nie przypuszczam, aby najlepiej klikały się filmy, które mają blisko godzinę. Krzysztof Gonciarz, publikuje filmy, które z reguły mają około 15-20 minut. Podobną długość, mają filmy Red Lipstick Monster. Sfilmowani, także publikują filmy, które oscylują w granicach 15 minut. Mogłabym tak wymieniać dalej, bo naprawdę jest tak, że Twórcy, którzy wypuszczają filmy na yt regularnie, z reguły mają bardzo precyzyjnie określony czas ich trwania. Kiedy przejrzałam czas trwania filmó prelegenta, nie zauważyłam spójności. Część z nich trwa około 5 minut, część 15. Są i takie, które trwają pół godziny, są i takie, które trwają blisko godzinę. Mało tego! Ostatni, wypuszczony przez nich film, jest sprzed 8 miesięcy. Rozumiem, że działają na InstaStories, rozumiem, że działają na Facebooku i blogu. Przy czym ostatni wpis na blogu, jest sprzed miesiąca. Czy ktoś jest w stanie mi wytłumaczyć, jakim cudem cały czas zyskują oni nowych obserwujących i subskrybentów?

Żeby było jasne, ja w żaden sposób nie oceniam samej w sobie działalności prelegenta. Nie oceniam jego poglądów, nie krytykuję sposobu życia. Nic mi do tego tak naprawdę. Natomiast nie mogę przejść obojętnie wobec sposobu komunikacji i języka, którego używał na spotkaniu. Nie mogę pozostać obojętną na to, jak dużym brakiem jakiejkolwiek wiedzy się wykazał. Nie jestem w stanie też zrozumieć, dlaczego tak bardzo podkreślał on, że początkowo nie chciał prowadzić kanału na yt. Skoro nie chciał, to po co wypuścił kolejne filmy? Skoro tak bardzo nie chciał być w Sieci, to dlaczego zaczął? Dlaczego mówi o tym, że za kilka lat nie chce być w Sieci, skoro nadal w niej jest i najwyraźniej całkiem dobrze się z tym czuje?

Wyjaśnijmy sobie jedno: Nikt nikogo nie zmusza do bycia influencerem. Nikt nikomu nie każe publikować treści. Blog, kanał na YouTube, czy jakakolwiek inna forma obecności w Sieci, ZAWSZE jest naszym wyborem, naszą świadomą decyzją. Zasłanianie się tym, że „ja nie chciałem, ale musiałem”, jest po prostu nieuczciwe. Bo jeśli masz wolną wolę, jeśli nie chciałeś, to dlaczego to zrobiłeś?

Odpowiedz na „PiekielnaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!