I tak cię kocham, czyli komedia nie do końca romantyczna

Komedii romantycznych, od jakiegoś czasu, staram się bardzo unikać. Nie dlatego, że nie lubię tego gatunku, ale dlatego, że mam wrażenie, iż wszystkie dobre produkcje z gatunku już widziałam. Poczucie niechęci do oglądania komedii romantycznych, potęguje u mnie dodatkowo fakt, że jak widzę tę papkę, którą wszystkie produkcje z Hollywood próbują mi wciskać, to mam ochotę zrobić „w tył zwrot” i np. poczytać książkę. Tym razem jednak uznałam, że dam szansę produkcji I tak cię kocham, która markowana jest na prawo i lewo, właśnie jako komedia romantyczna. I wiecie co? Nie wierzcie trailerom.

Wstęp może sugerować, że widziałam kolejny słabej jakości film. Tymczasem rzecz się ma zupełnie inaczej. Otóż I tak cię kocham, jest bardzo dobrą komedią. Tyle tylko, że nie do końca romantyczną.

O czym jest I tak cię kocham ? Zacznijmy od tego, że historia wydarzyła się w rzeczywistości. To znaczy umówmy się, to nie jest film z cyklu „prawdziwe historie” czy coś w ten deseń. Współautorem scenariusza do I tak cię kocham, jest bowiem aktor, wcielający się w postać głównego bohatera, czyli Kumail Nanjiani. Wraz ze swoją żoną, Emily V. Gordon, postanowili napisać historię…O nich samych. Wiadomo, że nie w skali 1:1, ale jednak mocno zainspirowaną. Dlaczego o tym wspominam? Bo to, że pierwowzór scenariusza miał miejsce w rzeczywistości, przedkłada się na coś, czego ostatnimi czasy w kinie bardzo brakuje filmom rozrywkowym, zaś w szczególności komediom. I tak cię kocham, jest bowiem bardzo wiarygodne. Co więcej, historia wcale nie jest jakoś szczególnie skomplikowana. Ona jest białą Amerykanką, on – Pakistańczykiem. Ona całkiem niedawno się rozwiodła, jemu rodzice próbują znaleźć małżonkę, bo małżeństwa aranżowane są fundamentem islamu. No i zakochują się w sobie, tyle tylko, że nie do końca podoba się to wszystkim dookoła. Wtem! Ona choruje, bardzo poważnie. A potem…A potem dzieje się życie. Nie napiszę nic więcej, bo fabuła jest mimo wszystko ciekawa i nie chcę Wam za wiele z niej zdradzać.

Wiecie, ja średnio przepadam za filmami, które mogą choćby w minimalnym stopniu uchodzić za baśń. Lubię wierzyć w historię, którą oglądam. Lubię, kiedy motywacje i zachowanie bohaterów są w stanie mnie przekonać. Niestety, jak już wspomniałam, rzadko mam okazję oglądać takie produkcje. Zawsze mam jakiś zgrzyt: a to zakończenie słodkie do porzygu, a to wszystko spłycone, a to „i żyli długo i szczęśliwie” bierze się tylko stąd, że „tak po prostu trzeba ten film zakończyć”. To wszystko w którymś momencie zaczyna po prostu nudzić. W I tak cię kocham, ani przez moment nie miałam ochoty wydłubać sobie oczu widelcem. Ani przez moment nie miałam poczucia zażenowania. Lepiej – przez ostatnie kilkanaście minut filmu, siedziałam prawie jak na szpilkach, bo do ostatniej minuty nie wiedziałam, jak to się zakończy. Twórcy bowiem sugerują dwa rozwiązania i trzymają widza w niepewności do samego końca. Za coś takiego, powinien być osobny krąg w piekle.

Dlaczego, na samym początku, stwierdziłam że I tak cię kocham, nie jest komedią romantyczną? Po pierwsze dlatego, że to nie jest sensu stricto komedia i właśnie od tego należy zacząć rozważania o gatunku. I tak cię kocham jest w zasadzie bardzo eklektycznym tworem, który w wysmakowany sposób łączy ze sobą zarówno elementy komediowe, jak i dramatyczne. A poza wszystkim, jest też bardzo dobrze skrojoną historią z gatunku kina obyczajowego. Jeśli zaś chodzi o romantyzm…No dobra, jest wątek uczucia, ale ostrożnie rzucałabym stwierdzeniem, że I tak cię kocham to komedia romantyczna. Takie wyjście poza schematy, działa na produkcję bardzo korzystnie. Co nie zmienia faktu, że film garściami czerpie z takich klasyków kina, jak chociażby kultowe Love story. Sęk w tym, że robi to – po pierwsze – w bardzo inteligentny sposób, zaś po drugie – dopasowuje pewne motywy i schematy na potrzeby kina współczesnego. W efekcie, dostajemy bardzo emocjonalną, wiarygodną i co najważniejsze, niegłupią historię.

Doświadczenie w oglądaniu bardzo różnych filmów, każe mi zawsze być w pewien sposób ostrożną w stosunku historia vs aktorstwo. Bo nawet jeśli trailer mnie przekonuje, nawet jeśli opis filmu wydaje się być ciekawy, ba! Jeśli nawet historia, którą oglądam, jest interesująca, zawsze coś może pójść nie tak zarówno z doborem obsady, jak i z samą grą aktorską. To nigdy nie jest tak, że dobra historia obroni się bez porządnego albo przynajmniej przyzwoitego aktorstwa. W przypadku I tak cię kocham, spełnione zostały dwa z wyżej wymienionych czynników. Po pierwsze, mamy świetnie dobranych aktorów. I tu nie chodzi o to, że są świetni, bo o matko, ich nazwiska. Chodzi o to, jak wyglądają. Wydaje mi się, że siłą dobrze przedstawionej postaci w filmie czy serialu, jest możliwość utożsamienia się z nią w jakikolwiek sposób przez widza. Kiedy jednak widzimy bardzo cukierkowe i wyidealizowane twarze, kiedy mieszkanie czy otoczenie danych osób jest dla nas całkowicie obce, wydaje się „zbyt piękne” – wówczas ciężko o to, by chociażby w najmniejszym stopniu czuć bliskość bohaterów. Tymczasem jeśli mowa o postaciach z I tak cię kocham, wyglądają one…Całkiem zwyczajnie. Zoe Kazan, wcielająca się w postać Emily, nie jest ani ładna, ani brzydka. Ani gruba, ani chuda. Co ciekawe – nie jest też nijaka. Jest…Zwyczajna. Podobnie rzecz się ma, jeśli chodzi o Kumaila. To taki ordinary guy tyle tylko, że z Pakistanu. Nie inaczej rzecz się ma z pozostałymi postaciami w filmie. Rodzice Emily czy Kumaila nie wyróżniają się w zasadzie niczym szczególnym. Są…Bardzo charakterystyczni, to fakt, natomiast nadal – mogli byśmy ich spotkać tak naprawdę gdziekolwiek i nie wydaliby się nam oni jakoś szczególnie inni. Cechy te, w zestawieniu z aktorstwem na naprawdę dobrym poziomie, pozwalają nam kibicować bohaterom. Wierzymy w ich historię, podobnie jak wiarygodne są dla nas relacje między poszczególnymi postaciami.

Kolejną mocną stroną, jeśli chodzi o I tak cię kocham, są właśnie wspomniane relacje. Nie mam tutaj jednak li i jedynie na myśli relacji pary głównych bohaterów. Co w gruncie rzeczy zastanawiające, wcale nie oni są tutaj najważniejsi. Film porusza bowiem kwestie związane z tym, jak dogaduje się (lub też nie dogaduje) ze swoją rodziną Kumail. Natomiast zdecydowanie lwią część filmu poświęcono na relacjach Kumaila… Z potencjalnymi teściami. Tak, rodzice Emily i to, w jakiej sytuacji się oni znaleźli oraz to, jaką rolę w tym wszystkim odgrywa Kumail, to jest, proszę państwo, mistrzostwo świata. Po pierwsze, totalnie rozumiemy sytuację, wyobrażenie sobie jej, nie stanowi dla nas najmniejszego problemu. Co więcej, podziwiamy bohatera, bo z jednej strony musi się on zmierzyć z dość dużym dramatem (wszak nie codziennie, dziewczyna z którą właśnie zerwałeś, ale którą w sumie kochasz, trafia do szpitala w ciężkim stanie) a jednocześnie niesamowicie sobie z tym wszystkim radzi. Podobnie rodzice Emily. Pomijając już fakt wielu sytuacji, które spokojnie moglibyśmy określić mianem niezręcznych, a które dzięki wplecionemu do nich humorowi, wcale takie nie są. W tym momencie chciałabym powiedzieć, że statuetka za Najlepszy Filmowy Dowcip roku 2018 wędruje do I tak cię kocham, za żart o 9/11. Mocny, ale nie żenujący i trafiający w sedno. I to jest dokładnie taki typ humoru, o jaki walczyłam. Warto jednak zwrócić też uwagę jeszcze na jedną rzecz, jeśli chodzi o relacje. W I tak cię kocham, nic nie jest albo czarne albo białe. Zawsze gdzieś obok kryje się drugie dno, lub też zgoła inny problem. Doskonałym przykładem jest tutaj relacja Terry’ego i Beth, czyli rodziców Emily. To, że zmagają się oni z chorobą córki, to jedno. A to, że w tej relacji jest jeszcze inny problem, to drugie.

I tak cię kocham miało całkiem spory potencjał, jeśli weźmiemy pod uwagę temat, na to, żeby film się po prostu nie udał. Ryzyko było ogromne. Na szczęście, dzięki doskonałemu humorowi, żadna krzywda filmowi się nie dzieje. Pomijając żart o 9/11, mamy też kapitalną scenę w pubie, kiedy Holly Hunter, czyli mama Emily, słyszy rasistowski komentarz w stosunku do Kumaila. W tym momencie, miałam ochotę wstać i zacząć klaskać, ale trochę nie wypadało, bo sala była jednak pełna ludzi. Trzeba natomiast przyznać jedno: I tak cię kocham, dzięki humorowi, wcale nie jest filmem ciężkim, czy też wprost przeciwnie – przekombinowanym. W produkcji tej, twórcom udało się zachować zdrowy umiar i chwała im za to.

Znalezione obrazy dla zapytania the big sick

Pomijając wszystko to, o czym wspomniałam, I tak cię kocham porusza jeszcze tematy związane z szeroko rozumianą emigracją, adaptacją w nowym miejscu, czy też – patrząc z zupełnie innej strony – oczekiwań rodziców względem swoich dzieci. To film, który nie skupia się li i jedynie na uczuciu, czy relacjach pomiędzy bohaterami. Jest on przede wszystkim bardzo uniwersalny, bo każdy znajdzie tam coś, co spokojnie będzie mógł odnieść do swojego życia. I nie, nie przesadzam. W dużej mierze dzieje się tak dlatego, że produkcja garściami czerpie z klasyki gatunku, przełamując i dopasowując jednak wszystkie schematy i motywy na potrzeby kina współczesnego. Jeśli dodamy do tego jeszcze fakt, że scenariusz powstał w oparciu o prawdziwą historię, to mamy gotowy przepis na bardzo dobre, niegłupie i przy tym bardzo zabawne, kino rozrywkowe. Które po pierwsze, nie daje się zamknąć w żadnych ramach, zaś po drugie – dostarcza widzowi dokładnie tego, czego można oczekiwać od takich produkcji: uśmiechu na twarzy i takiej życiowej refleksji, okraszonej kilkoma wzruszeniami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!