Tłumacz Zawodowiec, czyli co nie wyszło w Hitman’s Bodyguard

Wyobraźmy sobie, że dostajemy dużo hajsu. Niebotycznie dużo hajsu. Co więcej, mamy też – przynajmniej w teorii – zajebisty pomysł na film. Ale taki zajebisty, że klękajcie narody. Musimy tylko… Znaleźć obsadę. Co robimy? Otóż moi drodzy, dzwonimy do managerów Reynoldsa i L. Jacksona. A potem do Hayek. I Yung. I voila: Mamy prawie wszystkie niezbędne składniki do tego, aby zrobić całkiem niezły film. A tak poważnie, to Hitman’s Bodyguard to całkiem przyjemna produkcja. Z absolutnie chujowym tłumaczeniem.

Tak zareagowałby z pewnością Samuel L. Jackson jakby się dowiedział, jak przetłumaczono tytuł oryginalny

Właśnie od tłumaczenia chcę zacząć. Kto wpadł na pomysł, że film, w którym gra Samuel L. Jackson oraz Ryan Reynolds, będzie chociażby w jednej pizdylionowej podobny do Leona Zawodowca? Albo do, kultowego już, Bodygurada? Pytam się, kto? Polski tytuł ma tyle wspólnego z zarówno jednym jak i drugim filmem, co siodło z przysłowiową świnią. To przecież był Ochroniarz mordercy. Można to było też przetłumaczyć jako Zabójcza ochrona. Albo: Ochrona na zabój. Albo po prostu: Ochroniarz mordercy. Po prostu. Po polsku. NORMALNIE. Z jakiegoś powodu, dystrybutorzy filmów, bo to chyba oni za tym po części stoją, albo zatrudniają chujowych tłumaczy, albo po prostu chcą być tak bardzo kreatywni, że aż im to nie wychodzi. No gdzieś musi tkwić problem, pytanie tylko gdzie.

Co nie zmienia faktu, że polski tytuł, będzie chyba jedyną rzeczą, do której naprawdę jestem w stanie się przyczepić, jeśli chodzi o Hitman’s Bodyguard. Bo wiecie, co z tego, że cała produkcja opiera się na tych schematach, które wszyscy doskonale znamy. Co z tego, że bohaterowie są napisani – przynajmniej w jakimś stopniu – według bardzo konkretnego schematu. To wszystko jest nic w zestawieniu z tym, jak genialnie bawiłam się na tym filmie. I nie będę ukrywała, że duża w tym zasługa reżysera i aktorów.

Zacznę może od aktorów, bo tu mi się zejdzie trochę dłużej. Pierwsza sprawa: pierwszoplanowy duet. Teraz wszyscy, którzy widzieli film, ładnie wstają i klaszczą. A ci, co nie widzieli, czym prędzej zasuwają do kina, póki jeszcze Hitman’s Bodyguard jest grany. Reynolds i L. Jackson, to połączenie tak idealne, jak Nutella i banany. Jak mało orzechowe i wiśniowy dżem. Jak lody i jeszcze więcej lodów. Jak czekolada i okres u kobiety. No bardziej idealnie się nie da chyba, a może ja o czymś nie wiem. W każdym razie, mamy dwa przeciwieństwa: zajebiście ułożonego Reynoldsa i niekoniecznie ułożonego, za to mega ogarniętego, L. Jacksona. Jeden wyznaje zasadę, że jeśli coś nie jest zaplanowane, to na bank coś pójdzie nie tak. Drugi – najogólniej rzecz ujmując – za życiową dewizę przyjął sobie YOLO. W związku z pewnymi wydarzeniami, które stanowią zawiązanie akcji, ta dwójka jest na siebie skazana. L. Jackson wciela się bowiem w rolę (poza tym, że płatnego mordercy) kluczowego świadka w procesie prezydenta – tyrana ( w tej roli Gary Oldman, ale o nim później) i tylko jego zeznania są w stanie obciążyć Duchowicza (bo tak się zwie postać odgrywana przez Oldmana). Reynolds czyli filmowy Michael Bryce, jest „triple A” ochroniarzem, cokolwiek to znaczy. W każdym razie, dostaje zlecenie od swojej byłej dziewczyny pracującej w Interpolu, na przewiezienie kluczowego świadka z Londynu do Hagi. Bo w Interpolu jest kret i najogólniej rzecz ujmując, mnóstwo ludzi chce zabić Dariusa Kincaida (tak się nazywa bohater odgrywany przez L. Jacksona). I to jest jakby sedno naszego filmu, Reynolds i L. Jackson są na siebie skazani. Są kompletnie różni, mają różny status, zasadniczo, są wszelkie przesłanki do tego, że cała misja się nie uda, gdyż wszędzie na naszych bohaterów, czekają płatni zabójcy prosto z pięknej Białorusi.

To, co stanowi siłę tych postaci, to wcale nie to, że są one odgrywane przez takich a nie innych aktorów. Potęgą naszych bohaterów, jest relacja, jaka tworzy się między nimi. To, jak dobrze jest ona poprowadzona, jak ładnie się rozwija przez cały film – miodzio, mówię wam! Momentami mamy bardzo przewrotne dialogi, nierzadko mamy też wrażenie, że nasi bohaterowie są jak Flip i Flap. W którymś momencie widz po prostu nie wyobraża sobie tej dwójki osobno. Ten duet gra, po prostu. A sami aktorzy, co da się zauważyć, też mają niezły ubaw odgrywając role, w które przyszło im się wcielić.

No dobra, mamy pięknych panów, teraz czas na…Niekoniecznie dobre kobiety. Salma Hayek i Elodie Yung. Skonstruowane niemalże identycznie jak nasi bohaterowie – Salma gra porywczą, bezkompromisową i brutalną Sonię Kincaid, zaś Elodie Yung – bardzo zdyscyplinowaną, pewną siebie i oddaną pracy agentkę Interpolu. Znowu mamy kontrast, znowu widzimy przeciwieństwa. Różnica polega jedynie na tym, że przez cały film, panie te ani razu się ze sobą nie spotykają ( a szkoda!). Przypuszczam, że gdyby twórcy zdecydowali się na konfrontację Soni i agentki Roussel, mielibyśmy kilka całkiem niezłych scen. Tutaj, niestety nie powstałą żadna relacja, nic się nie zadziało. Postaci kobiece także stanowią bardzo mocny element tego filmu. Może nie tak bardzo wyeksponowany, ale także istotny.

I shoot the sheriff!

No i Gary Oldman czyli nasz główny zły. Postać, w którą wciela się Oldman, jest bardzo, ale to bardzo stereotypowa. To były (przynajmniej tymczasowo), Białoruski prezydent – tyran, który dopuścił się masowej rzezi na niewinnych ludziach. Tak, to ludobójca, a jedyny problem z jego skazaniem polega na tym, że nikt nie jest w stanie mu niczego udowodnić, poza Kincaidem, który posiada obciążające go dowody. I okej, to jest jakiś bad guy. To jest antagonista. Ale bardzo, ale to bardzo nijaki. Przynajmniej jeśli chodzi o kontrast pomiędzy naszą dwójką głównych bohaterów, a właśnie nim. To trochę tak, jakby L. Jacksona i Reynoldsa posadzić na najwyższym szczeblu schodów, a Oldmana, gdzieś tak na samym ich początku, ale raczej bliżej dołu niż środka. No serio, w żaden sposób mnie ten bohater nie rusza, poza tym, że całkiem zabawnie mówi z ukraińskim akcentem. Ot, tyle.

Jak już wspomniałam, Hitman’s Bodyguard, nie jest w żadnym momencie filmem wybitnym. W żadnym wypadku nie jest to film wyjątkowy, pod choćby jednym względem. Jest całkiem nieźle nakręcony. Ma dobry, a momentami bardzo dobry, montaż. Dowcipne dialogi i – co jest jego zdecydowaną siłą – fajne relacje pomiędzy postaciami. Serio, nie ma nad czym się tutaj za bardzo rozwodzić. Jest to porządne kino, może nie z najwyższej półki, ale jednak niezłe. To trochę tak, jakbyście kupili wino, ale nie takie za 5 czy 6 zł, a takie za 25. Nie jest to super ekstra zajebiste wino za milion monet, ale też jest dobre. I nie jest takie znowu tanie. Z Hitman’s Bodyguard jest dokładnie tak samo. To spoko produkcja, do obejrzenia na jeden, może dwa razy. Będziecie się śmiać, to na pewno. Emocje może nie sięgną zenitu, ale też jakieś tam będą. A, i będziecie się śmiać. Dużo. No i polubicie tych bohaterów, bo kurczę, nie da się ich nie lubić. Dla samej relacji Reynolda z L. Jacksonem, warto się wybrać na ten film. I nie mówię tego, bo mam Unlimited czy coś. Ja bym nawet rzuciła monetami w tę produkcję, bo naprawdę jest tego warta. Jeśli cokolwiek może sprawić, że będziemy się dobrze bawić np. w piątkowy wieczór, to jest to właśnie seans Hitman’s Bodygurad. Rzekłam. A teraz, marsz do kin!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!