Guilty pleasures, czyli spowiedź Szatana.

Jest taki czas w życiu każdego człowieka, kiedy wieczory są za długie, żeby iść spać jak tylko się ściemni, a dzień stanowczo za krótki na to, by zrobić wszystko co się planowało. Ciężko jest chociażby umyć okna, kiedy o godzinie 18 jest praktycznie ciemno, a do tego pierońsko zimno. Wtedy człowiek ma głupie myśli a co za tym idzie, robi głupie rzeczy.

Pisząc głupie rzeczy nie mam na myśli podpalania mieszkania, obżerania się czekoladą (oh wait!…) czy leżenia z laptopem na łóżku i tak zwanego „marnowania cennego czasu” (seriously….wait!). Wtedy człowiek, jako istota myśląca z założenia szuka. Szuka innych rozwiązań.  I bardzo często – stety bądź niestety – zdarza mu się robić coś, czego normalnie by nie zrobił. Na przykład obejrzeć totalnie durny i nic nie wnoszący serial czy film, bądź też przeczytać mało ambitną książkę. Ja zdecydowanie częściej popełniam zbrodnie numer jeden i dwa – mam jeszcze rozum i godność człowieka, żeby nie marnować czasu liczonego w dniach, a jedynie w godzinach. Zanim przejdę do sedna sprawy, należy Wam się krótkie wyjaśnienie, skąd w ogóle pomysł na to, żeby sam Szatan się spowiadał. I to w dodatku publicznie, co zakrawa niemalże na internetowy ekshibicjonizm. A no trafił się taki jeden, a imię a w zasadzie tytuł jego to „Scream”. Obejrzałam odcinek pilotowy i mam niejasne wrażenie, że to nie był to ostatni odcinek. Powiem więcej – zamierzam spędzić weekend na pochłonięciu tego wynalazku.

„Scream” to serialowa adaptacja, choć nie wiem czy to słowo akurat dobrze tu pasuje, filmowego „Scream” czyli tłumacząc: Krzyku. To slasher. Najzwyczajniejszy w świecie slasher, w którym poza jakąś tam tajemnicą i tym, że giną ludzie, nie dzieje się nic. Dosłownie nic. mamy grupkę bohaterów, mamy jakieś tam wydarzenia i oczywiście mamy trupy. Serial jest do bólu przewidywalny, aczkolwiek ogląda się go zaskakująco dobrze. Oczywiście nie brakuje tu tak typowych postaci, jak zakompleksiona dziewczyna czy, tak dla kontrastu oczywiście, najpopularniejsza i najładniejsScream-Logo-MTVza dziewczyna w szkole. Oczywiście obrzydliwie bogata. I w zasadzie całe towarzystwo jakie poznajemy oscyluje właśnie w takich klimatach. Zbierając to wszystko razem, otrzymujemy produkt nie najwyższych lotów aczkolwiek całkiem sympatycznie się oglądający. Ciężko mi coś więcej na temat tego serialu póki co powiedzieć, bo po jednym odcinku to ja co najwyżej mogę stwierdzić, czy tenże odcinek mi się podobał czy nie i czy chcę kontynuować oglądanie. Na oba te pytania moja odpowiedź jest twierdząca i tego się trzymajmy póki co.

Tutaj w zasadzie notka mogłaby się zakończyć, jednakże tak się nie stanie i to z jednego prostego powodu: po obejrzeniu „Scream” dotarło do mnie coś, przed czym wzbraniałam się długo i okrutnie, a mianowicie: guilty pleasures nie są mi obce. Dla tych, co mogą mieć problem ze zrozumieniem pojęcia guilty pleasures, wyjaśnię krótko, że są to niezbyt ambitne twory kultury masowej, które oglądamy/czytamy/słuchamy/ bo zwyczajnie to lubimy. Mimo, ze twory te są nieskomplikowaną rozrywką dla niewymagającego widza. I ja, moi mili, takie rzeczy oglądam. Rzadko bo rzadko, ale jednak.

Pierwszą myśl, która skłaniała mnie do „zastanowienia się nad swoim postępowaniem” miałam przy okazji wchłonięcia niemalże „iZombie”. To niiZombie-The-CWe było oglądanie. To było pochłanianie tego serialu niemalże tak łapczywie, jak małe dziecko potrafi pochłaniać czekoladę. Dosłownie. Oczywiście historia w „iZombie” nie była jakaś mega wybitna, niemniej jednak, serial darzyłam sporą sympatią chociaż, jeśli wziąć pod uwagę zakończenie pierwszego sezonu, drugi może już tak fantastyczny nie być. Póki co premiery jeszcze nie było, więc nie ma co gdybać. Niemniej jednak, „iZombie” nie było niczym ambitnym. Ot, taka sobie „prawie-bajka”. Z księciem nawet (cześć Lowell).

Kolejną tego typu rzeczą, którą oglądam, są moi kochani prawnicy. I znowu – to bajka o ładnych samochodach, idealnym życiu, dużych firmach i w ogóle och i ach. Lubię ten świat, serio. Porshe Harveya zawsze budzi we mnie małą nutkę zazdrości, mimo, że wiem, że na TAKIE  auto nigdy nie będzie mnie stać. Znaczy ok, marimageszenia marzeniami i może jednak kiedyś porshe mieć będę, ale przecież to cholerstwo pije tyle benzyny, ze zbankrutowałabym chcąc tym jeździć po mieście. Poza tym, lubię panów w garniturach, zaznaczmy – dobrze skrojonych garniturach. Przyjemne to dla oka i w ogóle. Serial już dawno przestał być odkrywczy a kolejne sezony są budowane na zasadzie: „nowy sezon – nowa duża sprawa, okraszona po drodze mniejszymi”. I z jakiegoś powodu, nasi bohaterowie ZAWSZE  wychodzą cało z wszelakich kłopotów. Brzmi dość nierealnie, prawda? A jednak. Rzeczywistość „Suits” taka właśnie jest. A i tak ją lubię.

Jeśli idzie o filmy pełnometrażowe, to tu też jest kilka perełek, na które zasadniczo nie powinnam tracić czasu. Ale zdarza mi się wracać do „szkoły uczuć” i płakać zawsze w tym samym momencie. Znam ten film na pamięć, jest denny jak mało co, ale i tak go lubię. Podobnie rzecz się ma z książkami Grocholi. To nie jest literatura ambitna. To w zasadzie jest literatura dla matek – polek co to mają dzieci i pracę i kredyt. A Grochola opowiada im bajki o lepszym życiu. Tak samo nierealne jak „Suits” czy „iZombie” choć to zupełnie inny kaliber.

Zatem macie to na piśmie niemalże – przyznałam przed wszystkimi że zdarza mi się obejrzeć coś zupełnie niskich lotów a mimo to czerpać z tego jakąś radość. Tak, publicznie się do tego przyznaję. Zastanawiam się tylko, czemu takie zjawiska mają miejsce? Czy to jest jakaś naturalna potrzeba jednostki ludzkiej na zaspokajanie najbardziej pierwotnych instynktów i działanie na zasadzie „chleba i igrzysk”? czy też kryje się za tym jakaś głębsza i nieznana mi psychologia? Może to po prostu jest tak, ze czasem zwyczajnie potrzebujemy przysłowiowych „tefałenów” jak to mówi Iza, żeby się odmóżdżyć. Ok, przyznaję słowo odmóżdżyć w zestawieniu z serialem o zombie najtrafniejsze nie było, ale niech tam. Zapewne jakaś tam psychologia w tym jest. A nawet jak nie ma, to w krótkim czasie zostanie wymyślona przez mądrych ludzi, uwielbiających kategoryzować i układać w szufladkach wszystko, co w kulturze szeroko rozumianej występuje. Ja nie układam. Ja się zwyczajnie rozkoszuję. Czerpię radość z niekoniecznie ambitnych seriali. Taka radość też człowiekowi jest potrzebna. Tak samo jak zjedzenie tabliczki czekolady.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!