Kapciem i Dresem czyli czy opłaca się przejść na freelance?

 

„Wystarczy, że odpowiesz sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: Co lubisz w życiu robić? A potem zacznij to robić”

Myślę, że nie ma lepszego cytatu, którym mogłabym rozpocząć ten wpis. Ja na to pytanie odpowiedziałam sobie jakieś trzy lata temu, kiedy postanowiłam, że dość mam już pracy w callcenter, czy innych sklepach z odzieżą czy czymkolwiek innym. Zawsze chciałam pisać a ci, co mnie znają stanowczo za długo, doskonale o tym wiedzą. Nie będę tutaj rozpamiętywać pisania fanfików czy innych opowiadań na lekcjach historii, fizyki czy matematyki, bo to wszystko, jak się okazuje, doprowadziło mnie do miejsca, w którym jestem obecnie. Do bycia copywriterem.

Dla części z was z pewnością jest to zawód – widmo. Bo co może niby taki copywriter robić? Jeśli będziemy chcieli dosłownie przetłumaczyć nazwę tej profesji, to można przypuszczać, że chodzi o kopiowanie innych tekstów czy też ich przepisywanie. Otóż, nie. Przez trzy lata zajmowałam się tworzeniem artykułów sponsorowanych, opisów kategorii do stron i innych tego typu rzeczy. Zdarzyło mi się parę razy zrobić opisy do stron, ale podkreślam bardzo wyraźnie: nie ma chyba nudniejszej rzeczy na świecie niż wymyślanie title i description. Każdy copywriter wam to powie.

Po trzech latach, kiedy wiedziałam już na milion procent, że chcę pisać, stwierdziłam bardzo radośnie i spontanicznie, że czas rzucić pracę i zacząć być poniekąd na swoim. Plan karkołomny, bo poza tym, że chciałam to zrobić, nie miałam absolutnie żadnego planu. Co też jest dla mnie dość typowe. Mój Mężczyzna, choć wspierał i nadal wspiera mnie całym sobą w tym, co robię, miał po drodze jakieś trzy zawały i czwarty w drodze. To, że nie osiwiał, to jest jakiś cud.

żródło: muszegadac.pl

Nie za bardzo wiedząc od czego zacząć, za namową Marcina – bez którego pewnie w ogóle bym się nie odważyła na ten krok – napisałam kilka maili. Mail jeszcze nikogo nigdy nie zabił, a ja miałam to szczęście, że w zasadzie nic tez nie traciłam. Co najwyżej, gdyby faktycznie nie wyszło, musiałabym znowu zacząć szukać pracy na etacie. To był mój plan B.

Któregoś wieczoru, kiedy już naprawdę wiedziałam, że jak dziś nie wyślę tych cholernych maili, co to mają w perspektywie czasu przynieść mi jakieś pieniądze, usiadłam i napisałam takie cudo:

Dzień dobry,
Piszę do Was, bo Wasza agencja wydała mi się bardzo fajna i kreatywna. A ja lubię pracować z takimi ludźmi 🙂 Nie wiem tylko, czy Wy lubicie fajnych ludzi.

Dlaczego powinniście rozważyć zatrudnienie mnie? Powodów jest kilka, jeśli nie kilkanaście. Mam milion pomysłów na minutę, nierzadko bardzo karkołomnych, zwykle przynoszących korzyści. Zawsze ciekawych.

Wiem co to Majestic, SemStorm i kampania AdWords. Wiem też, co to optymalizacja 🙂 Lepiej: umiem się posługiwać plannerem słów kluczowych Google, a wtyczki WP nie są mi obce. Marketing internetowy to w pewien sposób moja pasja. Albo przynajmniej strefa zainteresowań.

Klawiatura to przedłużenie moich rąk. Piszę w zasadzie codziennie. I nie jest to 10k zzs. Raczej tak z 40k zzs.

Problem jest jednak taki, że nie mieszkam w Poznaniu. Za to choćby od zaraz mogę dla Was pisać treści i hasła w zaciszu domowym.

Deadline nie jest dla mnie świętem ruchomym, just sayin’.

Więc jeśli w jakiś sposób ten mail do Was trafi, jeśli go przeczytacie, to będzie mi bardzo miło.

Ps. Umówmy się, CV prawie nikt nie czyta 🙂 Ważne jest to, co człowiek ma w głowie i nie chodzi mi tylko o pomysły. Zatem jeśli Was do siebie jakoś przekonałam, albo przynajmniej zainteresował Was mój mail, to będzie fajnie, jeśli skontaktujecie się ze mną.

Przyznajcie sami, że nie było to najrozsądniejsze podejście do sprawy. Lepiej, ja tego typu maili (nie identycznych, ale w bardzo podobnym tonie) wysłałam chyba z sześć albo nawet siedem. Nie liczyłam na zbyt wiele, w zasadzie na nic nie liczyłam.

A po dwóch dniach, przyszła pozytywna odpowiedź, a zaraz po niej – pierwsze zlecenie.

Apetyt rośnie jednak w miarę jedzenia i stwierdziłam, że skoro jednego, stałego zleceniodawcę udało mi się pozyskać w dość prosty sposób, to czemu nie iść tą drogą dalej?

Nie będę wam tutaj opisywać tego ile maili wysłałam, ile wiadomości ile czego, bo to nie o to chodzi. Fakt jest taki, że autentycznie zarabiam a w rozliczeniu miesięcznym, wychodzi mi tego nieco więcej, niż jak pracowałam na etacie. Przynajmniej na razie tak jest.

No dobra, ale żeby pozyskać zlecenia, to trzeba się jeszcze dokulać do komputera rano a to, jak się okazuje wcale nie jest takie łatwe.

Na samym początku, miałam ogromny, ale to naprawdę ogromny problem, jeśli chodzi o zachowanie granicy pomiędzy słowem „praca” a „odpoczynek”. Z pewnością wynikało to z faktu, że początkowo moje biuro mieściło się w sypialni, na łóżku a jakże! Nie idźcie tą drogą! To chyba najgorsze, co freelancer może zrobić. Zatracenie podziału pomiędzy strefą pracy a strefą odpoczynku, jest bardzo łatwe a skutki takiego działania są czasami katastrofalne (tak, odpisywałam na maile w nocy, w piątek, bo czemu nie?).

Stwierdziliśmy z Moim Mężczyzną, który też zaczynał mieć pomału dość mojego „biura wszędzie gdzie jestem”, że dość już tego i zaaranżowaliśmy wnękę w salonie na moje biuro. To znaczy nie przesadzałabym z tą aranżacją. Ot, pomalowałam ścianę, przestawiłam biurko i zasłoniłam paskudne ściany, które w dalszej perspektywie mają także zostać wyrównane i pomalowane. W każdym razie, laptop a z nim cały mój „biurowy majdan” przeniosły się do wnęki, szumnie nazywanej przeze mnie biurem. Nie jest duże, ma może ze 3m2 ale jest spoko. Dobrze mi się tu pracuje a to najważniejsze.

Pozostawała jeszcze kwestia mobilizacji do pracy. No bo przecież jak pracuję w domu, to w sumie bez znaczenia kiedy? No nie do końca. Tą drogą szłam początkowo i też nie uznałam jej za jakąś super dobrą. Po pierwsze, w bardzo krótkim czasie zorientowałam się, że to tak nie działa i ja nie zamierzam pracować w nocy. Po drugie, jak nigdy zatęskniłam za narzędziem do monitorowania czasu i efektywności pracy, jakie mieliśmy w firmie. A po trzecie – znowu z pomocą przyszedł mi Marcin.

Podczas mojej szalonej eskapady do Poznania, dużo gadaliśmy. I od słowa do słowa usłyszałam ciekawą historię koleżanki Marcina, która podobnie jak ja, przeszła na bycie freelancerem. I też miała dokładnie te same problemy, pt rozpoczynamy kolejny tom Dresem i Kapciem. Zmobilizowała się jednak i każdego dnia, kiedy zaczyna pracę ubiera się, maluje i szykuje zupełnie tak, jakby szła do biura. Potem siada przy stole czy biurku i robi pracę. A potem już nie, bo jest „po pracy”. Moja odyseja Dresem i Kapciem wtedy jeszcze trwała i w pewien sposób trwa nadal. W pewien sposób, bo kiedy wiem, że muszę danego dnia wyjść do sklepu, na pocztę czy gdziekolwiek indziej, to jednak wypadałoby jakoś wyglądać. Nie, żeby zaraz jak milion dolarów, ale oko podmalować to jednak należałoby. I nie zakładać dresu.

Zasadniczo jakoś sobie radzę, nie ukrywam, że finansowo jest nieco lepiej. Mam też nadzieję, że będzie jeszcze lepiej. Problem z jakim walczę, to moce przerobowe. Bo ja cały czas zapominam, że jestem jedna i zdarza mi się wziąć za dużo zleceń. A i tak staram się dotrzymywać terminów i póki co mi to nieźle wychodzi.

Odkryłam jednak jeszcze jedną ciekawą rzecz. Kiedy pracowałam na etacie, nie musiałam za bardzo przejmować się pieniędzmi, bo zawsze przychodził magiczny 10-ty i była wypłata – niezależnie od wszystkiego. Teraz, oprócz tego, że muszę pozyskać zlecenie, wykonać je i wysłać w terminie najlepiej, to jeszcze muszę pilnować pliku, który jakże radośnie nazwałam „moja mała księgowość”. Odpukać, jeszcze nikogo nie musiałam poganiać za bardzo z zapłatą ale wiem, że ta dobra passa może się któregoś pięknego dnia skończyć. Chcąc nie chcąc, jestem na to przygotowana.

Znalezione obrazy dla zapytania freelancer meme

Wiem natomiast jedno: Bycie freelancerem to wcale nie jest taka prosta sprawa. Wymaga przede wszystkim olbrzymiego samozaparcia i uporu, systematyczności i jasnego wyznaczania swoich granic. Czasem wymaga też niewielkiego remontu. Czasem jest ciężko, bo np. jest piękne słońce a ty jesteś hen, daleko w polu ze zleceniem i nie ma opcji, żebyś zrobiła sobie nawet te 2 h przerwy na spacer, bo potem to już w ogóle ci się nie będzie chciało. Kiedy jesteś freelancerem, nie zawsze też możesz sobie pozwolić na wolny weekend. Ja się staram, ale wiem, że ten taki nie będzie. Ale może następny już tak.

Czy doradzam albo odradzam? Ciężko powiedzieć. Ważne jest to, na ile czujesz się silny, żeby samemu zacząć robić to, co umiesz i lubisz najbardziej. I po raz kolejny ostrzegam, nie będzie łatwo. Pokonanie w sobie chęci uczestniczenia w odysei Kapciem i Dresem wcale nie jest takie proste.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!