Historia jednego spojrzenia czyli rzecz o The Night Manager

Wiecie, w gruncie rzeczy, nie jestem zwolenniczką pisania dwóch wpisów na ten sam temat. Albo też nie koniecznie lubię rozdzielać od siebie pewne rzeczy. Jednakże jeśli chodzi o serial, który ostatnimi czasy absolutnie skradł moje serce, to jestem skłonna zrobić wyjątek. W dużej mierze dzieje się tak dlatego, że oglądam bardzo dużą ilość seriali i byłoby to niepotrzebne mnożenie wpisów. Jednakże jeśli chodzi o Nocnego Recepcjonistę, sprawa wygląda nieco inaczej.

Zacznijmy jednak od początku. Serial pojawił się właściwie znikąd, stąd też wzbudzał (i zapewne nadal wzbudza) bardzo duże zainteresowanie. Oczywiście główną przyczyną tegoż właśnie zainteresowania jest obsada serialu, a trzeba przyznać że jest ona doborowa. Pomijając już fakt obsadzenia w roli głównej dwóch bardzo znanych i skądinąd lubianych aktorów, czyli Hugh Laurie (znanego w dużej mierze dzięki kreacji Dra House’a) oraz Toma Hiddleston’a (znanego z….bardzo wielu produkcji). Jednakże nie tylko oni stoją niejako za sukcesem serialu. Nie można tu też w żadnym stopniu pominąć fantastycznej Olivii Colman czy Elizabeth Debicki. Zapewne część z Was podniesie teraz wielkie larum, że przecież nie wystarczy dobrać odpowiednich aktorów do produkcji, by była ona dobra i ja się oczywiście z Wami zgodzę.

Niewątpliwie ważnym elementem, który w znacznym stopniu stoi też za sukcesem produkcji BBC, jest sam w sobie pomysł na historię. Bo wiecie, produkcje szpiegowskie zawsze cieszyły się, cieszą i zapewne bardzo długo jeszcze będą się cieszyć, bardzo dużą popularnością. I nie, nie mam tu na myśli tylko i wyłącznie serii Bondowskich, choć ich zasługa w szerzeniu popularności gatunku jest niemała. Żeby jednak historia była ciekawa, musi mieć w sobie to przysłowiowe „coś”, a z tym już bywa różnie. Nie raz i nie dwa zdarzyło mi się oglądać film czy też czytać książkę szpiegowską, która w żadnym stopniu nie była w stanie mnie zaciekawić. W przypadku Nocnego Recepcjonisty, pomysł może nie był oryginalny, ale na pewno jego wykonanie zasługuje na olbrzymie brawa. Prowadzenie akcji, zgodne ze wszelkimi kanonami gatunku, zrobiło swoje. Gdyby jednak chodziło tylko o samą w sobie poprawność, otrzymalibyśmy produkcję zaledwie poprawną. W The Night Manager, wszystko bardzo ładnie ze sobą współgrało – poczynając od fabuły, poprzez kreacje bohaterów, na pięknych i zjawiskowych kadrach scenerii kończąc. Wszystkie te czynniki złożyły się na to, że z materiału na zaledwie poprawną produkcję, otrzymaliśmy coś zupełnie nietuzinkowego, a jednocześnie w otwarty sposób czerpiącego garściami z klasyki gatunku. Nie można bowiem nie zauważyć oczywistych odniesień do przygód słynnego agenta 007.

Wychwalam tę produkcję i wychwalam, a tak naprawdę doskonale wszyscy wiemy, że w przyrodzie nic nie jest idealne i The Night Manager nie jest w tym przypadku żadnym wyjątkiem. Nawiążę tu teraz do tego, o czym wspominałam na samym początku wpisu. Serial ten ewidentnie został podzielony niejako na dwie części. Pierwsza, na która składały się trzy pierwsze odcinki, była o niebo lepsza od końcówki produkcji. Mamy tu bowiem wyraźną różnicę, chociażby w sposobie budowania napięcia, czy też samego prowadzenia akcji. W przypadku trzech pierwszych epizodów, akcja mimo iż jest stosunkowo statyczna i wydawać by się mogło, ze płynie własnym rytmem, to jednak w jakiś bliżej niewyjaśniony sposób wciąga widza bez reszty. Jest to naturalnie uzasadnione, bowiem pierwsza część serialu, ma za zadanie wprowadzić nas w sam klimat historii, i to zadanie zostaje wykonane na 110%. Jednakże po trzecim odcinku, widz ma niejasne wrażenie, ze akcja zaczyna przyspieszać. O ile jest to zrozumiałe, bo przecież zbliżamy się do finału historii i naturalną rzeczą jest zwiększenie tempa akcji, o tyle tutaj odnosiłam wrażenie, ze ten pośpiech był za duży. Wydarzenia owszem, następowały po sobie dość konsekwentnie, ale zabrakło już w tym wszystkim czasu na to, aby je przemyśleć. Widz nie skupiał się już tak bardzo chociażby na motywacji bohaterów, czy konsekwencji ich działań. Dostawaliśmy wszystko niemalże podane na srebrnej tacy i o ile była to nad wyraz piękna taca, o tyle danie, które nam zaserwowano, było najpewniej odgrzewane w piekarniku, a nie zaś przygotowane od przysłowiowego zera. Trochę mnie to raziło, bo nie ukrywam, że rytm pierwszych trzech odcinków był dla mnie czymś, czego w produkcjach szpiegowskich było ostatnimi czasy bardzo mało. Serial oczywiście nadrabiał takimi elementami jak chociażby wspaniałe widoki, jednakże wszyscy doskonale wiemy, że nic nie jest w stanie nam zastąpić możliwości analizy zachowań ukochanych bohaterów czy chociażby cichego westchnięcia nad ich losem, na co także w drugiej części nie było za bardzo czasu.

Nie bez znaczenia jest też to, że postaci takie jak chociażby Jed, w której rolę wcieliła się Elizabeth Debicki, zostały potraktowane nieco po macoszemu. Postać Jed oczywiście była jak najbardziej potrzebna w całej historii, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę wydarzenia z finału serialu, jednakże część jej, nazwijmy to, ewolucji wzięła się dosłownie znikąd. Widz nie miał zielonego pojęcia o tym, co tak naprawdę sprawiło, że z wiernej i oddanej swojemu kochankowi ( i w sumie sponsorowi) kobiety, stała się najogólniej rzecz ujmując, zdrajczynią. Oczywiście pewne znaki, które mogą świadczyć o tym, co nastąpi w ostatecznym rozrachunku jak najbardziej są. Zostają one jednak przyćmione przez inne wydarzenia i nieustanną dominację dwóch czołowych postaci. Słuchajcie, ja naprawdę rozumiem, że dobra historia musi mieć głównych bohaterów, ale jak pokazał chociażby przykład Spotlight, może być ich nawet kilku, na co w The Night Manager potencjał bez wątpienia był.

Podobnie jak z Jed, postąpiono z Angelą Burr, graną przez genialną Olivię Colman. Pomysł na samą w sobie postać szefa służb specjalnych w postaci niekoniecznie wyróżniającej się z tłumu, ciężarnej kobiety to absolutna rewelacja. Nikt bowiem, kto pozostaje przy zdrowych zmysłach, nie będzie nawet brał pod uwagę tego, ze ta ciężarna kobieta kupująca lody, w rzeczywistości osłania swoją wtyczkę. Nikt też nie będzie nawet przypuszczał ile w tej kobiecie jest determinacji i siły, by zniszczyć, kogoś, kto bardzo wiele lat temu, przysłowiowo zalazł jej za skórę. Angela Burr jest dokładnie taka, jak być powinna – swojska, o bardzo sympatycznym wyrazie twarzy i usposobieniu wilka. Aż chce się powiedzieć: wilk w owczej skórze i nie będzie to w żadnym stopniu przesadzone stwierdzenie, jeśli weźmiemy pod uwagę finał sezonu.

Sama kreacja głównego złego, jest aż do bólu zgodna z wszelkimi kanonami gatunku i w tym wypadku jest to naprawdę duży plus. Richarda Ropera, granego przez Hugh Laurie, ogląda się rewelacyjnie i widz nie wie, jaki będzie jego następny krok. Co więcej, widz się domyśla a i tak najczęściej dzieje się tak, ze te domysły dalekie są od rzeczywistego biegu akcji. Roper jest nieprzewidywalny, bezwzględny i wyrachowany, a przy tym zachowuje się jak na prawdziwego gentlemana (i biznesmena) przystało. Uroku jego postaci dodaje fakt, ze poza tym iż jest on de facto kryminalistą, to jest także ojcem i nade wszystko kocha swojego syna. To ten jeden pierwiastek, który sprawia, że widz nie jest aż tak wrogo do niego nastawiony. W sytuacji zagrożenia, robił on bowiem absolutnie wszystko, by tylko ocalić syna. Nie wiedział, bo i skąd mógł, że cała akcja jest ustawiona. Nie zmienia to jednak faktu, ze zareagował tak, jak każdy ojciec by w takiej sytuacji zareagował. O ile Roper jest powiedzmy, że wzorowym ojcem, o tyle zostania jego kobietą nie życzyłabym nawet najgorszemu wrogowi. Jed ma w jego mniemaniu być tylko i wyłącznie ozdobą i sprawiać, by on czuł się dobrze. Tak naprawdę za nic ma jej potrzeby i nie ma też absolutnie żadnych skrupułów, aby ją uderzyć czy nawet torturować.

No i wisienka na torcie, czyli tytułowy nocny recepcjonista. Możecie mnie posądzać o bycie nieobiektywną, możecie mówić, że przesadzam i nie potrafię konstruktywnie spojrzeć na tę postać. Prawda jest jednak taka, ze postać Jonathana Pine’a jest niemalże idealnie wykreowana. Niemalże, bo pojawiają się takie mikro potknięcia, jak chociażby to, że przez zasadniczą część produkcji, wiele rzeczy uchodzi mu płazem, wliczając to chociażby niesubordynację względem przełożonej. To jednak zupełnie nie przeszkadza w całkowitym odbiorze tej postaci. Hidlleston’a po prostu ogląda się dobrze. Kamera go kocha, a i on najwyraźniej pała do niej jakimś cieplejszym uczuciem. Postać Pine’a jest jedną wielką zagadką i sami tak do końca nie wiemy o niej wszystkiego. To ma dwojaki wydźwięk, bo z jednej strony jest cicha nadzieja na drugi sezon a co za tym idzie, ciekawość, ale z drugiej strony jest też niedosyt. Widz jednak chciałby mimo wszystko wiedzieć, co tak naprawdę było główną przyczyną tego, dlaczego w ogóle Pine wdał się we współpracę z służbami specjalnymi. Ośmielę się tu nawet pokusić o stwierdzenie, że postać Jonathana Pine’a moglibyśmy spokojnie uznać za może nie do końca klasyczny, ale jednak, przykład everymana. Wywodzący się ze średniowiecza ten typ postaci jest tutaj doskonale obrazowany. Naszym bohaterem targają dwie natury – z jednej strony ta dobra i żądna sprawiedliwości, z drugiej zaś, ta, o której każdy z nas wolałby nawet nie myśleć. Nie będzie zatem przesadne stwierdzenie, które w jasny i zdecydowany sposób będzie mówiło o tym, że Jonathan Pine jest niewątpliwie najmocniejszą stroną całej produkcji, nawet pomimo tych małych niedociągnięć, które są niczym w obliczu całości kreacji.

Reasumując, The Night Manager, mimo błędów, ogląda się świetnie. To serial, który jest wart każdej jednej minuty spędzonej na oglądaniu go. W dużej mierze jest to zasługa postaci oraz zdjęć, które są absolutnie kapitalne, ale nie tylko. Na korzyść produkcji, przemawia też po części fakt, zę nie miała ona miliona odcinków, a jedynie sześć. To z kolei daje nadzieję na drugi sezon, choć nie do końca wiem, co miałoby się w nim znaleźć. Z drugiej jednak strony, w myśl zasady, ze dla chcącego nic trudnego, twórcy serialu, jeśli będą chcieli coś wymyślić, to wymyślą. Tym bardziej, zę zakończenie całości jest w gruncie rzeczy otwarte i daje pewne pole manewru. Zatem, jeśli chcecie przeżyć przygodę swojego życia, która rozpoczyna się i kończy dokładnie w tym samym miejscu, to The Night Manager, czeka na to, aby pomóc Wam w spełnieniu tego marzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!