Jak oglądać filmy (i nie zwariować)

Miała być recenzja Allena, miała być recenzja Florence Foster Jenkins. Ale nie będzie żadnego z tych wpisów. Będzie za to o tym, jak oglądać filmy i przy okazji nie dać się zwariować. To jeden z tych wpisów, które powstają spontanicznie, pod wpływem chwili – czuję, że muszę się z Wami tym podzielić, bo inaczej pęknę.

Przyczynkiem do napisania tego właśnie wpisu, było dzisiejsze spotkanie w Kinie Centrum z…Tomaszem Raczkiem. Tak, dokładnie tym Tomaszem Raczkiem, o którym wszyscy, którzy choć trochę znają się na filmie, pomyśleli. Poszłam na nie tak po prostu – w myśl zasady, że chcę posłuchać o czym będą mówić. Dodatkowym argumentem, który wygnał mnie w ten dość ponury i deszczowy dzień z domu, był fakt, że tematem przewodnim spotkania, był wizerunek artysty – malarza w filmie.

Nie bez powodu, to właśnie temat spotkania przemówił za tym, że zdecydowałam się wyjść z domu, mimo iż zupełnie mi się nie chciało. Temat związany z filmami o malarzach i tym, jak są oni przedstawiani w filmie, jest mi bowiem bliski od szkoły średniej, kiedy to wpadłam na genialny pomysł pisania matury na temat filmu o „Fridzie”. Jak się okazało, pomysł był dość karkołomny, trudny do obrony i zdecydowanie bardziej skomplikowany, niżby się mogło początkowo wydawać. Poradziłam sobie, ale zupełnie nie przypuszczałam, że będzie aż tak trudno.

To jednak było bodźcem, który sprawił, że obejrzałam film jeszcze raz. A potem jeszcze. I jeszcze kilka razy. Za każdym razem, widziałam w nim coś innego, ale idę o zakład, że nadal nie zobaczyłam wszystkiego. Między innymi, to właśnie zostało poruszone w dyskusji z Tomaszem Raczkiem – jak oglądać filmy, żeby nie dać się zwariować.

To pytanie z pewnością zadaje sobie wielu z Was, kiedy idzie do kina a po seansie chciałoby wiedzieć, co dokładnie zobaczyli. Nie zrozumcie mnie źle – tu nie chodzi o to, aby wmówić komukolwiek z Was, że nie umie filmów oglądać, czy też – nie ogląda ich uważnie. Bardziej chodzi o taki profesjonalny sposób oglądania filmów, który jednak – co podkreślał wielokrotnie Tomasz Raczek – nie jest jedynym słusznym. Zanim jednak bardziej zagłębię się w ten temat, słów kilka o tym, co tak właściwie było punktem wyjścia, jeśli chodzi o samo spotkanie z Tomaszem Raczkiem.

W toruńskim CSW, możemy obecnie oglądać wystawę prac Jerzego Dudy – Gracza. To taki pan, który nie malował obrazów pięknych w najbardziej popularnym tego słowa znaczeniu. Powiem więcej – z jego obrazów bije brzydota i swego rodzaju groteska. Nie zmienia to jednak faktu, że są one bardzo prawdziwe. Ktoś teraz może się oburzyć, uznając obrazy Dudy – Gracza za, nazwijmy to wprost, paskudne. W malarstwie jednak nie wszystko jest zawsze takie oczywiste. Nauczona doświadczeniem wiem, że aby dobrze zrozumieć, albo przynajmniej zrozumieć w stopniu większym, sztukę, należy poznać ją od drugiej strony. Rzucić na nią nieco inne światło. W przypadku Dudy – Gracza, wystarczyło obejrzeć kilka wywiadów z nim, poczytać o tym, gdzie się wychował, jak żył, a przede wszystkim – co myślał. Kiedy będziemy mieli te informacje, jego obrazy będą nam się jawiły w zupełnie innym świetle.

Podobnie rzecz się ma z każdym artystą – niezależnie od tego, czy mówimy o malarzu, muzyku czy pisarzu. Tylko i wyłącznie poznanie, przynajmniej w minimalnym stopniu, biografii danego twórcy, jest w stanie rzucić nam nowe światło na jego sztukę. Dokładnie tak miałam w przypadku Fridy Khalo. Dopiero po lekturze książki Barbary Mujica, zaczęłam patrzeć na jej obrazy przez pryzmat tego, co przeżyła. Wierzcie mi, one nabierają wtedy zupełnie, ale to zupełnie nowego znaczenia.

Idąc dalej tym tropem, możemy pokusić się o stwierdzenie, że z filmem jest bardzo podobnie. To znaczy nie chodzi mi tu o to, że zanim pójdziemy na film, musimy koniecznie poznać biografię reżysera, aktorów oraz scenarzysty, a najlepiej to jeszcze zgłębić temat filmu. Nie, zupełnie nie o to chodzi. Chodzi w dużej mierze o to, aby coś dla siebie z filmu wyciągnąć i aby seans nie był w żaden sposób zmarnowany.

Tomasz Raczek powiedział na spotkaniu, że on już nie ma czasu na oglądanie filmów słabych. Ale on jest krytykiem i patrzy na to też w nieco inny sposób niż przeciętny widz. Przytoczył jednak bardzo ciekawy przykład. Spróbujmy policzyć, ile godzin żyje przeciętny człowiek. Zakładając, że średnia życia to jakieś…Powiedzmy siedemdziesiąt lat. Przeliczmy teraz ile to godzin. Odejmijmy od tego wszystkiego uśredniony czas na sen, odpoczynek, jedzenie, pracę i inne czynności, które wykonujemy codziennie. To, co nam zostanie, możemy, jeśli oczywiście mamy taką ochotę, przeznaczyć na oglądanie filmu. Zakładając, że film trwa około 3 godzin (w bardzo dużym przybliżeniu), wyjdzie nam ile filmów jesteśmy w stanie przez całe nasze życie obejrzeć. Przyznam szczerze, że nie dokonywałam jeszcze tego rachunku, bo po pierwsze jestem kompletną nogą z matmy, a po drugie… Boję się trochę wyniku.

Tomasz Raczek. Tylko tyle. #TomaszRaczek #KinoCentrum #Toruń #spotkanie #kultura #najlepiej

A photo posted by PiekielnaStronaPopkultury (@piekielnastrona) on

Nie chodzi jednak o to, aby teraz zacząć wszystko skrupulatnie przeliczać, bo nasze plany vs Wielki Plan Kogoś Nad Nami, to wiecie, że mogą być różne. My tu sobie będziemy uprawiać statystykę, a w ostatecznym rozrachunku, guzik z tego wyjdzie. Warto jednak wiedzieć, JAK oglądać filmy.

Każdy z nas jest zupełnie innym człowiekiem. Każdy z nas, obdarzony jest kompletnie inną wrażliwością. Tym samym, nie ma dwojga ludzi, których w identycznym stopniu będzie bawił bądź smucił dany film. Nie ma dwóch, w stu procentach, identycznych opinii na temat filmu. Owszem, one mogą się w mniejszym bądź większym stopniu pokrywać ze sobą, ale z pewnością nie będą jak dwie krople wody. Dlatego też, kiedy wybieramy się na film, nie starajmy się oczekiwać po nim czegokolwiek. Nie oczekujmy czy będzie on dobry, czy też zły. Po prostu otwórzmy się na to, co chce nam powiedzieć twórca filmu. I dopiero wtedy zastanówmy się, czy rzeczywiście było warto.

Może i to się trochę kłóci z „teorią godzin”, ale z drugiej strony, dzięki takiemu podejściu, możemy zyskać znacznie więcej. W kinie nie chodzi bowiem tylko i wyłącznie o to, aby obejrzeć moje ukochane, przysłowiowe „kino drogi”. Bardzo ważna jest też rozrywka, której dostarczy nam film. W dużej mierze dlatego zdarza mi się chodzić na „głupie komedie romantyczne”. Czasem taki film jest po prostu potrzebny – żeby odreagować stres, odpocząć, nie myśleć. Wyłączyć na chwilę naszą percepcję i dać się zrelaksować. Człowiek nie musi być skoncentrowany przez cały czas. To po pierwsze, bardzo męczy a po drugie – na dłuższą metę jest niezdrowe.

Tomasz Raczek mówił o jednym z najważniejszych filmów w jego życiu. To był film, na który poszedł, kiedy wydawało mu się, że już nic nie jest w stanie być dobrze. Że jest koniec, czarna dziura – kaplica. Więc kiedy już kompletnie nie wiedział, co ma ze sobą zrobić, poszedł do kina. Kupił bilet na pierwszy lepszy seans, nie za bardzo wnikając w to, jaki jest to film. I kiedy w połowie seansu, zorientował się, że jest w stanie się śmiać, stwierdził, że chyba jeszcze nie jest tak źle. A filmem tym był…Johny English, z Rowanem Atkinsonem. Zaśmiałam się wtedy bardzo mocno, bo ja też miałam kiedyś podobną sytuację. Ba! Żeby jedną.

Kino może leczyć, jest czasem jak swoista forma terapii. Kiedy masz wrażenie, że już nic nie jest w stanie ci pomóc, jedynie patrzenie na ekran i oglądanie jakiejś historii, może być dla Ciebie wybawieniem. Nie twierdzę, że będzie to wybawieniem dla każdego, wszak nie każdy z nas lubi kino. Ja tu tylko mówię o różnych sposobach na odreagowanie – czy to gorszego dnia w pracy, kłótni z dziewczyną / chłopakiem, czy po prostu – paskudnej chandry. Dla mnie kino jest takim lekiem. Ale dla kogoś innego może niekoniecznie takie być.

Ten wpis nie powstał po to, aby kogoś zachęcać, czy też – zniechęcać do oglądania filmów. Chodziło mi bardziej o pokazanie tego, czym tak naprawdę może być sztuka, nie tylko ta filmowa. Sztuka nie ma bowiem jedynie zadania istnieć sama dla siebie. Jej funkcji jest bardzo wiele, z tą terapeutyczną, wspomnianą przeze mnie na czele. Wydaje mi się jednak, że najważniejsze w tym wszystkim jest to, aby po prostu dobrze się bawić. Żeby rozrywka – jakakolwiek by jej forma nie była – sprawiała nam radość. Tylko w taki sposób jesteśmy w stanie nie zwariować i jednocześnie pochłaniać ją w ilościach takich, które są dla nas, indywidualnie, dobrze dobrane. I chociaż czasem zdarzy nam się obejrzeć przysłowiowego kaszalota, nie ma sensu się o to wściekać, kląć na zmarnowane pieniądze. Starajmy się, z każdego naszego obcowania ze sztuką, wyciągnąć coś pozytywnego. Wówczas, poczucie tego, że nasze cenne godziny przeznaczone na rozrywkę zostały zmarnowane, odejdzie w niepamięć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!