Na wojnie nie ma niewinnych czyli o Dunkierce słów kilka

Nie czekałam na Dunkierkę jakoś specjalnie. W dużej mierze, podyktowane jest to moją dość skomplikowaną relacją z Nolanem i tym, że niekoniecznie podobają mi się jego filmy. Bo wiecie, patos i takie dostojeństwo, powiedzenie wszystkiego niemalże dosłownie, to nie jest estetyka, która do mnie przemawia. Stąd też, Dunkierka była mi tak obojętna, że chyba bardziej się nie dało. Dodajmy jeszcze do tego kwestię trailerów, które nie były niczym specjalnym, niż trailerami do kolejnego filmu wojennego. Tym bardziej miałam je w dupie, bo filmów wojennych nie lubię. Kiedy jednak stwierdziłam, że oglądanie 6 raz Baby Driver jest niczym innym jak tylko marnowaniem czasu, uznałam, że przejdę się na tę nieszczęsną Dunkierkę. I, powiem wam, że to był bardzo dobry wybór.

To, co jest według mnie bardzo charakterystyczne dla Nolana, to przegadane filmy. Dużo wzniosłych treści, które jednak niekoniecznie wnoszą jakąkolwiek wartość do filmu. Tego bałam się najbardziej, jeśli chodzi o Dunkierkę. O dziwo, już w pierwszej scenie moje obawy zostały obrócone w niwecz. Stylistyka Dunkierki daleka jest od przegadania. Tam treść jest obrazem, jeśli wiecie co mam na myśli. Nie chodzi o to, żeby wszystko dosłownie powiedzieć (no prawie ) ale o to, aby jak najlepiej pokazać sytuację. Bo wiecie, mając tak naprawdę bohatera zbiorowego w postaci 400 000 żołnierzy uwięzionych na Dunkierce, ciężko jest mówić o jakichkolwiek dialogach czy indywidualizacji bohaterów. Dunkierka pod tym względem jest bardzo syntetyczna. Stara się bowiem pokazać nam to, co się dzieje, a nie to, co przeżywają poszczególni bohaterowie. To zasadniczo pierwszy plus, jeśli chodzi o ten film. I nie jest to plus jedyny.

To nie jest też tak, że nie mamy tu w ogóle żadnego bohatera. Oni są, choć ich rola jest zmarginalizowana. Tak naprawdę ważne jest to co robią w kontekście całej sytuacji. Tu nie ma żadnej indywidualnej historii. Wszystko się ze sobą łączy – zarówno losy cywilów jak i żołnierzy. Zarówno losy sił powietrznych, jak i tych morskich. To nadal jest jedna i ta sama sytuacja, choć…Pokazana z innych perspektyw.

Czas w Dunkierce, a także właśnie wspomniana wyżej perspektywa, mają tutaj niemałe znaczenie. Nolan bowiem doskonale bawi się liniami fabularnymi i robi to w taki sposób, że widz nie jest w stanie się w żaden sposób w tym wszystkim pogubić. Mamy czas na tydzień przed godziną zero – i to jest historia żołnierzy z wyspy. Mamy czas na godzinę przed planowaną ewakuacją – to z kolei siły powietrzne. No i mamy jeszcze jeden dzień do ewakuacji – to z kolei są losy cywilów, którzy postanowili włączyć się w akcję ewakuacyjną. Sami zatem widzicie, że Nolan nie boi się tutaj eksperymentowania z czasem, ale chyba naprawdę nikogo to nie dziwi. Czas jest w Dunkierce bardzo ważny. Nie tylko ze względu na to, co faktycznie czują nasi bohaterowie, ale przede wszystkim ze względu na to, że tak naprawdę ważą się ich losy. Wczuwając się w ich sytuację, ciężko jest nam przewidzieć, jak akcja ewakuacyjna się zakończy. Okej, teraz wiemy, że się ona powiodła. Ale wtedy? Tej pewności nie miał nikt, co także zostało podkreślone. W ogóle rola czasu a także ZEGARKA i jego tykania jest w filmie niebagatelna. Serio, to, jak muzyka i właśnie wplecione do niej tykanie zegarka buduje napięcie, to jest czysta poezja.

No dobrze, ale samym napięciem i emocjami, nie da się opowiedzieć tak ciekawej historii, jaką bez wątpienia stała się Dunkierka. Ano, nie da się, dlatego potrzebne są jeszcze inne środki wyrazu. Tutaj, dla każdego znajdzie się coś atrakcyjnego. Jeśli zatem jesteście estetami, a film musi dla was „wyglądać” to Dunkierka także i temu zadaniu bez większych problemów jest w stanie sprostać. Nie oszukujmy się, to jednak film Nolana, a te, jak wiemy, zawsze cieszyły oko – nawet jeśli fabuła była średnia, nawet jeśli aktorzy to jednak nie do końca nam pasują. Filmy Nolana zawsze ale to zawsze były świetnie nakręcone i miały doskonałe zdjęcia, co znajduje swoje potwierdzenie, jeśli chodzi o Dunkierkę. Ciekawostką jest tutaj to, że praktycznie cały film, został nakręcony bez użycia efektów specjalnych. Wszelkie sceny batalistyczne, latanie samolotem, czy pływanie statkiem – to wszystko zostało nakręcone bez użycia CGI czy green screenów. To tym bardziej potęguje wrażenie, jakie robi całość obrazu.

Przyznam szczerze, że miałam bardzo duży dysonans poznawczy, jeśli chodzi o oglądanie, jakby nie patrzeć, filmu wojennego, który… Nie opowiada się tak naprawdę po żadnej ze stron konfliktu. Tam ani razu, nie ma tego „złego Niemca”. Co więcej, sami Brytyjczycy, nie zawsze są ukazani jako krystalicznie czyści i tacy super, że nic, tylko ich chwalić za to, że są żołnierzami. Największym atutem Dunkierki, jest bowiem to, że pokazuje ona wojnę taką, jaką ta faktycznie jest. Bez heroizacji bohaterów. Bez wyraźnego wartościowania, kto jest tutaj dobry, a kto zły. Pokazuje ona wojnę z bardzo ludzkiej strony i to jest jej największy atut. Celem naszych bohaterów, wcale nie jest opowiedzenie jakiejś porywającej historii. Oni po prostu chcą przeżyć, chcą dotrzeć w spokoju do domu. I najczęściej robią to, co muszą. Zarówno wśród żołnierzy uwięzionych na plaży, jak i tych, którzy są w samolotach, nie ma sentymentów. Wypowiadają oni krótkie zdania, w zasadzie komendy, które wypowiedziane zwyczajnie być muszą. I nic więcej! Podobnie cywile – tam także nie ma miejsca na ckliwość. Takie działanie, może w gruncie rzeczy przeszkadzać nam w poznaniu naszych bohaterów, w zrozumieniu ich motywacji. Aczkolwiek zupełnie nie o to w Dunkierce chodzi. Dunkierka, ma bowiem za zadanie dobitnie pokazać nam, że wojna nie jest niczym dobrym i to niezależnie od tego, po której stronie barykady się znajdujemy. Na wojnie bowiem, nigdy nie ma niewinnych.

Jedyną rzeczą, do której faktycznie mogłabym się przyczepić, jeśli chodzi o Dunkierkę, to kwestia zakończenia. Jest absolutnie spierdolone, bo inaczej się tego nazwać nie da. Sposobów na zakończenie tej historii, było co najmniej kilka. Momentów, w których mogła się ona zakończyć bez szkody dla całego obrazu – także mamy kilka. Ale nie, po co. Reżyser aż zbyt dobitnie chce rzucić w widza frazesem. Chce mieć pewność, że ten cokolwiek zrozumiał z tego, co właśnie obejrzał. No więc mówi wszystko dosłownie. Do dziś zachodzę w głowę – po co.

Mimo tego, że zakończenie sprawia, że macie ochotę zdzielić reżysera czymś ciężkim i absolutnie wam go nie będzie żal, film jest, może nie znakomity, ale niespodziewanie dobry. Tam naprawdę bardzo mało rzeczy nie zagrało. Dość, że ja jako osoba, która za filmami wojennymi nie przepada, siedziałam na Dunkierce jak zaczarowana. Autentycznie obchodziło mnie to, co działo się z bohaterami, mimo że tak naprawdę niezbyt wiele o nich wiedziałam. Ta wiedza bowiem nie jest na wojnie potrzebna. Na wojnie, ważne jest to, jakim jest się człowiekiem, a nie co się przeżyło. Nie słowa, lecz czyny – to spokojnie mogłoby by być motto najnowszego filmu Nolana. I faktycznie, wychodząc z filmu, poza tym, że zastanawiamy się nad tym, jaki tak naprawdę ma sens wojna, zaczynamy się też zastanawiać nad tym, co to znaczy być porządnym człowiekiem. Bo jak się okazuje, właśnie to liczy się najbardziej w ostatecznym rozrachunku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!