Don’t trust them. Quantico.

Nie będę ukrywała, że  lubię seriale sensacyjne. Wszelkiego rodzaju „akcyjniaki” zwykłam pochłaniać w ilościach hurtowych. Co do „Quantico”, bo to o nim mowa będzie we wpisie, miałam mieszane uczucia. Z jednej strony, czytając różne artykuły w Internecie, wiedziałam, że produkcja się przyjęła i że jest na pewno jednym z hitów tej jesieni. Z drugiej – nie do końca przekonywało mnie to, że można zrobić dobry serial traktujący o agentach FBI. Mimo wszystko, stwierdziłam, że Quantico dostanie ode mnie szansę w postaci 3 odcinków. Włączając pierwszy, w duchu mówiłam: „Please don’t screw it up”. Najwyraźniej moje życzenie zostało spełnione, bo Quantico i dla mnie okazało się być pozytywnym zaskoczeniem.

Zacznijmy od tego, czym w ogóle jest Quantico. Quantico to przede wszystkim nazwa ośrodka szkoleniowego dla przyszłych agentów FBI. To miejsce, gdzie potencjalni przyszli agenci, przechodzą mnóstwo testów, a dostanie się do takiej, nazwijmy to szkoły, wcale nie jest łatwe. Warto zaznaczyć, że przetrwanie w niej, też jest nie lada wyzwaniem. Tu nie ma pobrane (7)miejsca na przyjaźnie czy związki. To miejsce, gdzie potencjalnie każdy jest kłamcą. W Quantico nie możesz zaufać nikomu.

Serial nie jest w żaden sposób bazowany na jakiejkolwiek książce, a głównym podejrzanym o jego popełnienie jest Joshua Safran. Nie działał jednak sam. W skład grupy terrorystycznej, której zadaniem było uzależnienie szerokiego grona odbiorców tą produkcją wchodzą także Marc Munden, który reżyserował całość a także aktorzy – głównie ci mało znani.

Wiemy już kto jest odpowiedzialny za popełnienie Quantico, dowiedzmy się zatem o co chodzi w całej misji. Wszystko zaczyna się od tego, że nasza główna bohaterka okłamuje swoją matkę i zamiast do krewnych, do Bombaju, leci właśnie do ośrodka szkoleniowego dla agentów. Poznajemy też innych rekrutów, m.in ortodoksyjnego Żyda, byłego żołnierza marines czy dziewczynę w typie Taylor Swift, której rodzice zginęli w zamachu terrorystycznym 11 września. Jest jednak małe ALE. W grupie 50 rekrutów przyjętych do Quantico, jest terrorysta, odpowiedzialny za największy atak w Stanach Zjednoczonych po 11 września. Innymi słowy: dostajemy stóg siana. Jedyne, co nam pozostaje, to znaleźć w nim igłę.

Oglądając Quantico, nie wiedziałam na czym się skupić. Z jednej strony, mieliśmy głównquantico_premiere_1200_article_story_largeą bohaterkę: Alex Parrish i jej historię. Chwilę później, zostaje nam przedstawiony Rayan Booth, z którym Alex poznaje się w samolocie. Nie trzeba być geniuszem, żeby wiedzieć, że tych dwoje „ma się ku sobie”. Stopniowo zostają nam przedstawiani kolejni rekruci: tajemnicza Nimah, żyd-homoseksualista Simon czy przystojny blondyn – Caleb. Każdy z nich, jest w pewien sposób charakterystyczny. W Quantico nie ma postaci nijakich, co bardzo dobrze rokuje. Podobnie rzecz się ma z szefostwem całego Quantico: Miranda, będąca zastępcą Dyrektora FBI jest niesamowita! Po pierwsze twarda i nieustępliwa. Z drugiej jednak strony, pokładająca nadzieję w tych, w których jej zdaniem warto ją pokładać. Niewątpliwym kontrastem dla niej, jest Liam – szkoleniowiec-nieudacznik, który pracę utrzymał głównie dzięki Mirandzie. Z jakiegoś powodu, tej postaci zwyczajnie nie lubię. Chociaż paradoksalnie, każda z powyżej przedstawionych, nie jest w żaden sposób negatywna.

Przyznam szczerze, że ogarnięcie, kto jest kim i jaka jest jego rola w Quantico, zajęło mi dobrą chwilę a to dlatego, że reżyser serialu postawił na dynamikę. Nie twierdzę, że to źle – wręcz przeciwnie! Aczkolwiek dzięki tego typu dynamice oraz takiemu natłokowi informacji, które są w nas jako widzów niemalże rzucane, ciężko jest w tak krótkim czasie wszystko sobie skrupulatnie poukładać. Serial już na „dzień dobry” prosi widza o uwagę i koncentrację. Kiedy jednak już sobie wszystko ładnie układamy, zaczynamy się mniej więcej orientować, o co w produkcji dokładnie chodzi, reżyser zdaje się nam grać na nosie i znowu wprowadza zamęt – tym razem rzucając w nas informacją, której, przy założeniu, że nie czytaliśmy niczego na temat serialu, nigdy byśmy się nie spodziewali. W efekcie, znowu w naszych głowach pojawia się mętlik. Mimo to, nadal jesteśmy ciekawi tego co będzie quanticodalej. Wszystkie te reakcje, składają się na jedyny słuszny wniosek: reżyseria Quantico jest po prostu dobra. Jeśli o mnie chodzi, jestem skłonna wybaczyć moje „ale o co tu chodzi” reżyserowi, w dużej mierze dlatego, że był w stanie poprowadzić całość tak, iż nie mogłam oderwać od serialu oczu.

W każdej produkcji – niezależnie od tego, czy jest ona serialem czy filmem, muzyka odgrywa dla mnie bardzo istotną rolę. Jeśli chodzi o tę z Quantico – trochę się zawiodłam. Niestety, żaden z zaprezentowanych w serialu utworów, nie porwał mnie na tyle, żebym zaczęła szukać całego sountracku. Z przykrością muszę zatem stwierdzić, że mamy tu do czynienia z czymś, co zwykłam nazywać „generic soundtrack”. Dla wyjaśnienia: są to bardzo szablonowe kawałki, które pasują akurat do danej sceny czy fragmentu produkcji. Przyznam szczerze, że pod tym względem, Quantico nie sprostało moim oczekiwaniom.

W ogólnym rozrachunku, Quantico nie wypada źle. Biorąc pod uwagę to, co mówi się na temat tego serialu, to jest ono sporą niespodzianką dla wszystkich. Mam nadzieję, że kolejne odcinki sezonu nie będą gorsze od tych, które ukazały się dotychczas. Produkcja ma bardzo duży potencjał – nie tylko ze względu na dobór mało znanych aktorów ale także ze względu na fabułę. Nie ukrywam, że bardzo mocno liczę na drugi sezon, chociaż po zaledwie 3 odcinkach które widziałam, ciężko mi powiedzieć, czy w ostatecznym rozrachunku, ten drugi sezon będzie konieczny. Zatem jeśli szukacie produkcji, która wciągnie was swoją fabułą, chcecie dawki dobrych pościgów i akcji – Quantico jest w tym wypadku pozycją wskazaną.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!