Nikt tego nie przeczyta, bo każdy ma w domu tak samo

Nikt tego nie przeczyta. Jestem pewna. Dlaczego? Bo po co czytać o czymś, co doskonale znamy z autopsji? Po co czytać o czymś, co każdy w domu ma. W takiej, czy innej formie, ale jednak. Nie ma nic fascynującego w tym, że poczytamy o tym, jak wygląda Wigilia u kogoś innego, skoro przecież u nas jest tak samo. Albo podobnie. Nie, nie ma co się łudzić – nikt tego nie przeczyta. Nie bez kozery wpis zaczęłam właśnie w ten sposób. Jest to nawiązanie do jednego z bardziej kluczowych tekstów, który pada w filmie „Cicha noc” w reżyserii Piotra Domalewskiego. „Cicha noc, święta noc, pokój niesie ludziom wszem…”. O jakże przewrotnie brzmią te słowa w kontekście tego, o czym faktycznie jest film.

Akcja filmu Domalewskiego, rozgrywa się na przestrzeni jednej doby – Wigilii i poranka Bożego Narodzenia. I chociaż czas akcji, został tu bardzo zawężony, wydawać by się mogło, że wydarzenia dzieją się na znacznie dłuższej przestrzeni czasowej. Wrażenie to, reżyser osiągnął dzięki bardzo specyficznemu prowadzeniu kamery, umieszczeniu akcji na dość ograniczonej przestrzeni a także – nagromadzeniu na tejże przestrzeni sporej jednak ilości bohaterów. Innymi słowy, jest gęsto, tłoczno i gwarno – jak to w Wigilię. Teoretycznie, powinniśmy oczekiwać rodzinnej, ciepłej atmosfery. Tego, że będzie sielsko i anielsko, że kolędy i, że nikt z nikim się kłócić w Wigilię nie będzie. Że śnieg spadnie, będą Mikołaje i śnieżynki na ulicach pięknego miasta. Bo taki obraz Świąt, jest znacznie bardziej wygodny. On nie razi, nie boli, jest miły dla oka. Jest radosny. Ale tego, w debiucie Domalewskiego, nie znajdziemy. Stety, albo niestety – nie mnie oceniać.

Cicha noc, opowiada historię rodziny, która jest tutaj bardzo symboliczna. Każdy z członków rodziny, ma jasno przypisaną rolę – matka jest głównodowodzącą w kuchni, ojciec to ten, który majstruje w garażu, dziadek jest swoistym comic reliefem, zaś młodzież – jak to młodzież – miga się od roboty, ale jak trzeba – to pomoże. Akcenty w Cichej nocy, zostały położone nie na same w sobie postaci, a na relacje pomiędzy poszczególnymi członkami rodziny. I wierzcie mi, są one bardzo, ale to bardzo dobrze oddane.

Akcja filmu, rozpoczyna się w momencie, kiedy najstarszy syn, niespodziewanie wraca z zagranicy do domu rodzinnego. Na Święta, ale tak naprawdę, cel jego wizyty jest inny. Nie zapowiedział nikomu, że przyjeżdża. Nikt się go nie spodziewa. Widz, dostaje jedynie szczątkowe informacje na temat powodu, dla którego najstarszy syn wraca do domu – jego dziewczyna jest w ciąży. I w sumie tyle. Nie wiemy, czy przyjeżdża on by ją zabrać, nie wiemy, co planuje. Wiemy jedynie, że bardzo cieszy się na przyjazd, chce zrobić jak najlepsze wrażenie na najbliższych i jest pełen dobrych chęci. Motywacje głównego bohatera – przynajmniej początkowo – są bardzo pozytywne. Godne pochwały wręcz. Jednakże to tylko pozory, bo im dalej w las, tym bardziej pod górkę.

„Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach” – to porzekadło, zostało umieszczone na plakacie promującym Cichą noc. I myślę, że nie ma bardziej trafnego stwierdzenia czy hasła, które w taki czy inny sposób, mogłoby tę produkcję promować. Bo z rodziną, trochę tak jest. Parafrazując jedno ze zdań, które pada w filmie: Rodziny się nie lubi. Rodzinę się ma. I jest to bardzo w punkt stwierdzenie. Bo ciężko mówić tutaj o tym, aby przedstawiona rodzina się lubiła. Nie widać tutaj ani przez moment szczerej radości. Jest za to codzienność – proste czynności, takie jak przyniesienie choinki z lasu, czy przestawianie garnków albo znoszenie stołu ze strychu. To są prozaiczne czynności, w których jednak pomagamy. Nie dlatego, że się lubimy czy nie. Po prostu.

Domalewski, mimo że to jego debiut reżyserski, wykorzystał chyba wszystkie, najbardziej charakterystyczne sceny, jakie mogą się zdarzyć na rodzinnej Wigilii. Zabieg bardzo ryzykowny, bo jednak film mógł wyjść trochę tak, jakby był zlepkiem poszczególnych scenek, bez większego przekazu. Tymczasem, okazuje się, że te z pozoru małe znaczące sceny, jak właśnie wspomniane wcześniej, znoszenie stołu ze strychu, czy przynoszenie choinki, służą jedynie jako forma. Pomiędzy tymi czynnościami, kryją się bowiem bardzo ważne treści. Z takich właśnie krótkich dialogów, zaczyna nam się wyłaniać prawdziwy obraz rodziny. Nieidealnej, pełnej ran, nieco pozszywanej, połatanej, ale nadal będącej w jednym kawałku. Bo tacy właśnie jesteśmy. Trochę poharatani, trochę poobijani. Nieco pozszywani. Ale nadal, trzymamy się razem, mimo iż nie zawsze jest łatwo.

To też właśnie Domalewski stara się nam przekazać – że mimo iż nie zawsze jest różowo i kolorowo, to jednak w rodzinie jest siła. Nie jesteśmy w stanie się jej wyrzec. Ba! Zrobimy wszystko, aby utrzymać ją w całości. Domalewski bardzo świadomie pokazuje schematy sytuacji, które przecież tak dobrze znamy. No bo błagam, czyja matka, ANI RAZU, nie powiedziała: „Jak sama nie zrobię, to nikt za mnie nie zrobi”? No właśnie.

Prawdziwość i takie odarcie ze swoistej świętości rodziny, to jednak nie jedyna rzecz, którą jesteśmy w stanie w debiucie Domalewskiego zobaczyć. Reżyser rozprawia się też z jeszcze inną kwestią, a mianowicie chodzi o emigrację. Tutaj będę bardzo ostrożna, aczkolwiek wydaje mi się, że w każdej rodzinie ( w dalszej czy bliższej) jakiś emigrant jest. Domalewski zderza postrzeganie kwestii emigracji z tym, jak widzi ją pokolenie naszych rodziców, a jak rozumie ją nasze pokolenie. Są to zgoła odmienne punkty widzenia. Adam, nasz główny bohater, który z całą pewnością jest tutaj głosem „młodych” nie chce żyć na dwa domy. Wyraźnie daje do zrozumienia, że chce mieć dom, ale nie w Polsce. Chce założyć swój biznes za granicą, tak, by np. móc uczestniczyć w wychowaniu swoich dzieci. Oddziela bardzo grubą kreską to życie, które do tej pory było jego rzeczywistością, od tego życia, które sam chce kreować. Jest młody, silny i w gruncie rzeczy bardzo ambitny. I nie chce popełnić błędów, jakie popełnili jego rodzice. A to, jak mu to wychodzi – to zupełnie inna kwestia.

Cicha noc, to też dramat. I nie, nie jest to za duże słowo. Nie powiem, żeby rodzina, która została tutaj sportretowana, była w jakimkolwiek stopniu dysfunkcyjna, czy patologiczna. Ale z pewnością nie dzieje się w niej dobrze. Domalewski zwraca uwagę na takie problemy, jak przemoc domowa, czy alkoholizm, jednocześnie nie hiperbolizując ich. Pokazuje je takie, jakimi są. Daleka też jestem od stwierdzenia, że reżyser posłużył się tutaj utartymi schematami, takimi jak chociażby „Polak alkoholik”. To zupełnie nie o to chodzi. Kluczem do zrozumienia Cichej nocy, jest bowiem popatrzenie na ten obraz tak, jakbyśmy sami przeglądali się w lustrze. Może nie do końca wiernym, może trochę przybrudzonym, nieco krzywym. Ale gwarantuję wam, że uniwersalność obrazu pokazanego w filmie, aż boli. I nie, nie można udawać, że czegoś nie ma.

Nie mogę też pominąć kluczowego momentu w filmie, a mianowicie monologu Jakubika, który wciela się w rolę ojca. To krótki monolog. Wygłaszany właściwie pół – zdaniami. Ale to, jak bardzo uderza nas siła tych słów, jest nie do opisania. Po pierwsze, są one smutne, ale przy tym niesamowicie prawdziwe. Jakubik bowiem, w kilku prostych zdaniach, odziera z wszelkiej, przysłowiowej czci i wiary, naszą polskość. Wyraźnie mówi, że nie jesteśmy idealni. Żałuje wielu rzeczy. Co więcej jest do bólu świadomy tego, jak wiele błędów w życiu popełnił. A to, jak się do tego przyznaje, jest takie proste, ale w tej prostocie tkwi właśnie siła.

Cicha noc, to, jak już wspomniałam debiut Piotra Domalewskiego, jeśli chodzi o film pełnometrażowy.  Jest to zwycięzca tegorocznego Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni i absolutnie mnie to nie dziwi. Nie dość, że w obsadzie mamy prawdziwą śmietankę aktorską (Jakubik, Ogrodnik, Budnik czy Schuchardt), to jeszcze, scenariusz jest miodny. Tu wszystko trzyma się, przysłowiowej kupy. Wszystko ze sobą gra, choć z pozoru – zupełnie nie powinno. W wywiadzie z reżyserem, który przeczytałam w miesięczniku „Kino”, Domalewski mówi iż to wszystko, co pokazał w Cichej nocy, jest wzięte z autopsji. Ciekawi mnie, czy dialogi też. Bo są bardzo, ale to bardzo realistyczne, do tego stopnia, że wierzyć mi się nie chce iż zostały napisane. Te kwestie, same się proszą o wypowiedzenie, jeśli tylko dobrze ogarniemy sytuację.

W ubiegłym roku, Festiwal w Gdyni wygrała Ostatnia rodzina. W tym roku – mamy swego rodzaju powtórkę z rozrywki, bo ponownie wygrywa film o rodzinie. Nie jestem do końca pewna o czym to świadczy. Ale może po prostu lubimy tak trochę podglądać, jak jest u innych, próbując zobaczyć coś, co będzie nam bliskie. Może po prostu jesteśmy takimi przechodniami, co to zadzierają głowę i patrzą ludziom w okna. Tam, gdzie nie ma firanek i gdzie świeci się światło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!