Maria Czubaszek-nienachalna z urody

Popkultura, to nie tylko filmy czy seriale. To nie tylko książki. To w dużej mierze także ludzie, którzy tę kulturę tworzą. Maria Czubaszek, czy tego chciała czy nie, stała się częścią tej popkultury.

Może w nieco innym wymiarze, ale jednak. Satyryczka, dziennikarka, felietonistka…To wszyscy wiemy. Każdy z nas ( a przynajmniej taką mam nadzieję), doskonale wie, kim Maria Czubaszek była. Nie każdy jednak wie, że pisała ona też książki. Ostatnią ( w dwojakim tego słowa znaczeniu) miałam okazję przeczytać.

Do lektury książki Marii Czubaszek pt. Nienachalna z urody, podchodziłam z bardzo dużą niepewnością. Wiedziałam oczywiście, o czym mniej więcej owa książka jest, natomiast nie byłam do końca przekonana, czy na pewno chcę ją czytać. Liczyłam się z tym, że nie będzie to ani lekka ani przyjemna lektura i w tej kwestii nie pomyliłam się ani trochę. Natomiast jest kilka rzeczy, które absolutnie mnie w tej książce ujęły. Lektura, jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, pozwoliła mi poznać Marię Czubaszek od nieco innej strony. Tej, którą niby wszyscy znali, ale tak naprawdę nic o niej nie wiedzieli. Ja także zaliczałam się do tego grona.

Satyrycy i dziennikarze, to nie są ludzie, którzy mają przysłowiowe parcie na szkło. Bardzo często jest tak, że to szkło ma parcie na nich. Dokładnie tak było w przypadku Marii Czubaszek. W swojej książce, opisuje ona dość dokładnie i w sobie tylko właściwy sposób to, jak naprawdę zaczęła się jej, nazwijmy to kariera. Śledząc kolejne karty książki, brnąc przez kolejne rozdziały, wyłania nam się dość specyficzny, ale mimo wszystko sympatyczny obraz dziennikarki. Książka jest nieprzewidywalna, zaskakująca i jednocześnie bardzo sympatyczna, choć niezwykle prawdziwa. Aż prosi się, aby powiedzieć: Dokładnie taka, jaka była Maria Czubaszek. I wierzcie mi, nie byłoby w tym stwierdzeniu ani grama przesady.

To, z czym wszyscy kojarzymy Marię Czubaszek to bezkompromisowość i dość, nazwijmy to, niepopularne poglądy. Maria Czubaszek, jako jedna z pierwszych kobiet w Polsce zaczęła dość otwarcie mówić o tym, że dokonała aborcji. Wtedy, kiedy to powiedziała, nadal temat aborcji określany był mianem tabu. O tym się po prostu nie mówiło. Podobnie zresztą jak o operacjach plastycznych. Ona się tego nie bała.

Bardzo często oglądając kogoś w telewizji, słuchając wywiadów, wyrabiamy sobie o tym kimś taką czy inną opinię. Jestem jednak świadoma tego, że w dużej mierze wywiady czy występy w telewizji służą jako kreacja. Celebryci, bo to się w dużej mierze właśnie ich tyczy, tak właśnie traktują telewizję. Początkowo także myślałam, że i Maria Czubaszek się kreuje w jakiś tam sposób. Że te papierosy i parówki, to na pokaz. Z własnych obserwacji jednak wiem, że jeśli ktoś chce światu pokazać, jaki jest w rzeczywistości, najczęściej pisze książkę. Nie twierdzę tym samym, że zawsze jest tak, iż książka staje się odzwierciedleniem autora. Czasem jednak tak się właśnie dzieje i w przypadku „Nienachalnej z urody” śmiem twierdzić, że tak właśnie się stało. I to nie dlatego, że darzyłam i w sumie nadal darzę, jeśli można tak to ująć, olbrzymim szacunkiem i sympatią Marię Czubaszek. Dlatego, że ta książka, najzwyczajniej w świecie, jest autentyczna.

Pierwsze co uderza w czytelnika, kiedy sięga po książkę, to język. Zazwyczaj na tej podstawie stwierdzamy, czy w ogóle chcemy dalej książkę czytać. Maria Czubaszek najwyraźniej uznała, że nie będzie się tą kwestią przejmowała aż tak bardzo i w efekcie mamy książkę, która nie tylko jest napisana niemalże językiem potocznym, ale co więcej, mamy wrażenie, że włączamy taśmę z nagraniami felietonistki i zwyczajnie słuchamy. I wiecie co? Jak się nad tym głębiej zastanowić, to to nie jest w gruncie rzeczy język potoczny tylko…Radiowy. Nie ma się zresztą co dziwić, wszak Maria Czubaszek swoje pierwsze kroki w karierze zawodowej stawiała właśnie w radio.

Dla mnie, jako osoby, która kiedyś była dość mocno związana z rozgłośnią radiową, z tym że studencką, to także miało niemałe znaczenie. Czubaszek bardzo dokładnie przedstawia jak to wszystko wyglądało „od kuchni”. W jej słowach, nie ma ani grama ściemy. Wiem, bo realia przez nią opisywane, choć dziejące się w nieco innych środowiskach i zupełnie innych czasach, tak naprawdę niewiele różnią się od tego, jak faktycznie funkcjonuje rozgłośnia radiowa. Jakakolwiek.

Ktoś mógłby wysnuć oskarżenie, że pisanie książek, zwłaszcza, kiedy wie się, że się umiera ( ale o tym później ) to takie zarabianie pieniędzy na siłę. Być może. Być może niektórzy tak właśnie traktują wydawanie książek. Jednakże to, czego jestem pewna w stu procentach, to że Maria Czubaszek nie napisała „Nienachalnej z urody” tylko po to, aby odcinać przysłowiowy kupon i przy okazji zapewnić dochód swojemu mężowi. Ta książka jest bardzo…Skromna. Nie chodzi tu o jej treść, ale o jakość treści. Nie znajdziemy tu pikantnych historii, nie znajdziemy skandalu. Znajdziemy natomiast historie, które wydarzyły się naprawdę. Czasem zabawne, czasem smutne, a czasem aż do bólu prawdziwe i przykre. Dokładnie takie, jakie jest życie człowieka. Maria Czubaszek w swojej książce chce pokazać to, jak żyła. Żeby było zabawniej, w żaden sposób się ona nie wybiela. Bardzo otwarcie przyznaje się do picia wódki, małżeństwa z rozsądku (czy też wygody) i wielu innych, niekoniecznie godnych pochwały, rzeczy.

Wszystko to, o czym teraz piszę, składa się na w gruncie rzeczy bardzo intymną opowieść. Przyznaję, że nie czytałam innych książek Marii Czubaszek, ale czytałam w swoim życiu już kilka napisanych przez dziennikarzy. Żadna z nich, nie była aż tak intymna. Co mam dokładnie na myśli? Chodzi o opisane zdarzenia, sytuacje. Czubaszek bardzo chce nas zaprosić do swojego świata. Pokazać, że wcale nie jest taki piękny, jakby się mogło wydawać przez pryzmat telewizji. Ukazuje nam ona siebie, jako zwykłą kobietę, która pracuje z najbardziej prozaicznego powodu z możliwych, a mianowicie – bo chce zarobić na rachunki. I papierosy oczywiście. Celowo nie wymieniłam tu jedzenia, bo w książce pada trochę absurdalne ale jednak mimo wszystko bardzo pasujące do Czubaszek, stwierdzenie, mówiące o tym, że próbowała ona w życiu zrezygnować z dwóch rzecz: jedzenia i snu. Ani z pierwszego jej się nie udało, ani z drugiego.

„Nienachalna z urody” jest pełna takich właśnie porównań czy stwierdzeń, ale to nie jedyna jej siła. Gdyby to była tylko i wyłącznie książka o tym, jak to jest być radiowcem i pracować, żeby zarobić na rachunki, to w zasadzie każdy, a przynajmniej bardzo wielu z nas, mogłoby taką książkę napisać. I nie przesadzam, ani trochę. Jednakże Maria Czubaszek idzie o krok dalej i bardzo dobitnie komentuje obecną rzeczywistość. Nie tylko tą medialną, ale i polityczną.

Mamy dość dużego farta, jeśli można w ogóle tak to ująć, że książka powstała przed śmiercią Marii Czubaszek. Dzięki temu, niejako „załapaliśmy się” na jej osobiste przemyślenia dotyczące zmiany władzy czy też, tak popularnej ostatnimi czasy „dobrej zmiany”. Czubaszek nie tylko komentuje to, co jej się nie podoba, ale też w dość otwarty sposób mówi o tym, jak wspomniana „dobra zmiana” odbiła się na jej życiu, a wierzcie mi, odbiła się. To, co dostawaliśmy poprzez media, jest niczym, wobec tego, co zostało opisane w książce.

„Nienachalna z urody” to jednak nie tylko tekst napisany od zera na potrzeby literackie. To także bardzo dużo materiałów archiwalnych: skeczy radiowych, zapisków rozmów czy zdjęć. Wszystkie one czynią tę książkę jeszcze bardziej prawdziwą. Co więcej, czytelnik nie odnosi wrażenia, że w książce wystąpił przerost formy nad treścią. Wszystko tutaj ma swój cel i sens, wszystko jest bardzo dokładnie przemyślane.

Jako wprawny czytelnik, wyłapałam też to, co niekoniecznie wyłapać z książki chciałam. Czytając kolejne rozdziały, odnosiłam niejasne wrażenie, że ta książka jest swoistym pożegnaniem. I nie przesadzam. Autorka wielokrotnie powtarza, że „ja już długo nie pożyję” czy „to na pewno moja ostatnia książka”. Takich sformułowań jest więcej. Jeśli ktoś wczyta się dokładnie w tekst, to w mig załapie o co chodzi. Oczywiście nigdzie nie jest wprost powiedziane, dlaczego Maria Czubaszek tak twierdzi. Lepiej, Czubaszek zwala te stwierdzenia na karb swoich poglądów i bardzo często są one umiejscowione wtedy, kiedy mowa jest o śmierci. Nieważne, czy o karze śmierci, czy o eutanazji czy o śmierci jej matki. Zazwyczaj wtedy, możemy dostrzec właśnie takie stwierdzenia. Ja osobiście „złapałam się” na tym dopiero po skończeniu książki i chyba też wtedy stwierdziłam, że ta książka jest bardzo intymnym ale przy tym pięknym, nienachalnym pożegnaniem. Pożegnaniem nie tyle z życiem, co z tymi, co tu zostają. Bo dla Czubaszek, po prostu zgasło światło. Ale my dostaliśmy lekcję, którą koniecznie powinniśmy dokładnie przerobić. A skoro ktoś żegna się z nami w taki właśnie sposób, nie pozostaje mi powiedzieć nic innego, jak tylko: Dziękuję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!