Madonno, Czarna Madonno… Jak dobrze jest czytać cię

„Szatan istnieje”.

Od tego zdania zaczyna się nowa powieść autorstwa Remigiusza Mroza. Stare porzekadło mówi jednak, że ocenia się nie po tym jak ktoś zaczyna, a jak kończy. W przypadku Czarnej Madonny są to tak nierówne poziomy, że popełniłabym wielkie faux pas, gdybym napisała po kilku czy kilkunastu stronach, że książka jest doskonała albo, że nie jest. Czarna Madonna to dość osobliwy twór, jeśli mamy na uwadze to, jakimi książkami do tej pory częstował nas autor – ani to horror, ani thriller, ani tym bardziej powieść psychologiczna. Co to zatem jest?

Mój problem z Czarną Madonną jest zasadniczo związany właśnie z tym, że nie jestem w stanie jej w żaden sposób sklasyfikować. Żeby jednak było jasne – to nie działa na plus czy na minus – ta książka taka po prostu jest. Musimy jednak spojrzeć na nią też przez pryzmat fabuły, a to także nie jest proste zadanie. Przyznam szczerze, że momentami, miałam wrażenie, że Remigiusz Mróz najzwyczajniej w świecie, gubi wątki. Najpierw przedstawia nam jednego bohatera i wydarzenia, które się wokół niego kręcą, by za chwile pokazać nam kompletnie inną perspektywę zdarzeń. Czytelnik, zwłaszcza ten niewprawny, jest w stanie się tutaj pogubić. Dlatego lektura Czarnej Madonny w momencie kiedy coś nam przeszkadza, albo też kiedy absolutnie mamy pewność, że nie będziemy się w stanie na niej dokładnie skupić, nie ma sensu.

Podobnie, jak czytanie książki w nocy, kiedy cały dom śpi.

Pisałam na początku, że nie jest to sensu stricto horror. I rzeczywiście – nie jest. Natomiast z całą pewnością, ta książka potrafi przerażać. Kiedy ktoś zaczyna zagłębiać się w Biblię, dotyka samego Samaela czy Szatana – to możemy zacząć się bać. Prawda jest jednak taka, że jeśli podejdziemy do przedstawianych nam zdarzeń „na chłodno” książka przeraża trochę mniej. Choć nadal nie nazwałabym jej lekturą na uspokojenie.

Zasadniczo, jeśli chodzi o konstrukcję bohaterów, to mam pewien dysonans poznawczy. W poprzednich książkach Remigiusza Mroza, informacje o bohaterach, były nam sprzedawane niemalże co stronę czy dwie. W efekcie, byliśmy w stanie ich bardzo szybko poznać, a w dalszej konsekwencji – także i polubić. Czarna Madonna jest pod tym względem zupełnie inna. O głównym bohaterze, na samym początku wiemy bardzo niewiele. Dostajemy tylko te informacje, które faktycznie są konieczne, aby zrozumieć to, co robi. Nie wiemy jak wygląda, ile ma wzrostu czy jakiej muzyki słucha. Nie wiemy, gdzie lubić spędzać czas. Autor unika sposobu konstrukcji postaci znanego nam chociażby z serii o Joannie Chyłce. Czarna Madonna nie musi mieć bowiem takich bohaterów, których poznajemy na wskroś. Nie o to chodzi w tej książce. Filip, nasz protagonista, jest byłym księdzem, o ile w ogóle można tego typu stwierdzenia użyć. Jeśli chodzi o jego jakiekolwiek indywidualne cechy, to możemy jedynie powiedzieć, że uwielbia earl greya i w sumie to niewiele więcej. Podobnie rzecz się ma jeśli chodzi o Kingę, czy Anetę – pozostałe bohaterki książki. Ale to absolutnie nie przeszkadza. Czarna Madonna ma bowiem za zadanie opowiedzieć nam historię dotyczącą nie tyleż samego bohatera, co… Właśnie Czarnej Madonny.

Znaczenie symboli oraz ich zastosowanie w książce, to jest czysta wirtuozeria. Co chwilę możemy natknąć się na archetypy, czy symbole, które w literaturze, nie tylko polskiej, obecne są od wielu już wieków. Autor korzysta z tego dobrodziejstwa pełnymi garściami, jednocześnie tworząc historię na wskroś współczesną. Jeśli zatem komuś wydaje się, że Czarna Madonna jest lekturą toporną czy nie dającą się czytać, to nie, nie jest. Właśnie według mnie, jej fenomen jest ukryty w tym, jak pięknie zostały one połączone właśnie z bardzo współczesną fabułą.

Kiedy piszę o fabule powieści, nie mogą pominąć tutaj aspektu researchu, jaki autor musiał wykonać, aby Czarna Madonna w ogóle ujrzała światło dzienne. Pomijając już odniesienia do jeden z głośniejszych katastrof lotniczych ostatnich lat, jest tutaj cała masa znaczeń Biblii, cytatów czy odniesień do historii. To nie była z całą pewnością lekka praca i śmiem przypuszczać, że materiału źródłowego było tutaj bardzo, ale to bardzo dużo. Warto jest jednak mieć świadomość tego, materiał ten oraz konstrukcja fabuły, która się na nim opierała, nie był bezcelowy. Musimy wiedzieć, że w zasadzie cała historia o Czarnej Madonnie, jest oparta na tym, co faktycznie miało miejsce. I bez uzasadnienia, powieść bardzo straciłaby na jakości.

Być może dla części z Was to, co piszę, to oczywistości. Ale właśnie na nich w dużej mierze oparta jest konstrukcja Czarnej Madonny. Autor na początku zasiewa w nas ziarno niepewności, zaś im dalej posuwa się fabuła, tym więcej kart jest odkrywanych. Tutaj nie ma tajemnicy jako takiej – wszystko zostaje nam bardzo skrupulatnie wyjaśnione. Musimy też mieć świadomość tego, że Czarna Madonna nie zostawia nam miejsca na domysły czy snucie ciągu dalszego historii – przynajmniej w moim odczuciu. Ta historia, ma swój bardzo wyraźny początek, jak i mocne zakończenie. Remigiusz Mróz dość wyraźnie postawił tutaj przysłowiową kropkę nad „i”. Nie ma zatem sensu oczekiwać ciągu dalszego, czy snuć domysłów o tym co było dalej.

Mimo, że lektura Czarnej Madonny do najłatwiejszych nie należała, nie uważam, aby czas przy niej spędzony był choćby w minimalnym stopniu czasem straconym. To bardzo ciekawa, pod różnymi względami lektura. Lektura, która dodajmy, zmusza czytelnika do myślenia, a to bardzo ważne. To nie jest kolejny kryminał, w którym zagadka jest oczywista. To nie jest też kolejny horror, kiedy zewsząd straszą nas potwory czy jakieś inne zmory. Nie jest to też do bólu ciężka powieść psychologiczna, po której czytelnik zaczyna się zastanawiać, czy aby na pewno jest z nim wszystko okej, a jeśli jest, to czy tak rzeczywiście powinno być. To pełnoprawna powieść międzygatunkowa, która pomiędzy gatunkami lawiruje niemalże tak samo sprawnie, jak nie jeden narciarz na slalomie gigancie.

Czarna Madonna to przykład literatury, która nie raz i nie dwa, zasieje w Was ziarno zwątpienia. To lektura, po której ciężko Wam będzie momentami zasnąć. To wreszcie lektura, po której nie będziecie już absolutnie niczego pewni. A ta niepewność na samym końcu, znajdzie swoje uzasadnienie.

Innymi słowy – do czytania, marsz!

Wpis powstał we współpracy z wydawnictwem Czwarta Strona

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!