Copernicon 2016 czyli czemu wciąż to robię

Co roku od dwóch lat, mniej więcej w okolicy dziesiątego września, mówię sobie: To już ostatni raz. I co roku, mniej więcej w okolicy 18 września, mówię sobie: O matko, ale było super, chcę jeszcze raz, za rok! To jest niesamowicie dziwne uczucie, które można porównać jedynie do silnego uzależnienia od jakiegoś narkotyku. Czy innej używki, jakkolwiek to nie brzmi. Copernicon 2016 już za mną i jakkolwiek bym się nie zapierała rękami i nogami, że ostatni raz pomagałam w jego organizowaniu, to za każdym razem kończy się tak samo. Ponownym organizowaniem festiwalu.

Ja naprawdę nie wiem, gdzie jest Francis! #copernicon #Deadpool #cosplay #konwent #marvel #oldtown #starówka #fantastyka #popkultura

A photo posted by PiekielnaStronaPopkultury (@piekielnastrona) on

Z perspektywy organizatora, impreza pokroju Coperniconu, wygląda nieco inaczej niż z perspektywy uczestnika. Jest znacznie więcej rzeczy do zrobienia i w efekcie, nie ma czasu nawet na to, aby wybrać się chociażby na jeden punkt programu. Nie zmienia to jednak faktu, że i tak uwielbiam to robić. Na Coperniconie, jestem opiekunem gości. Zostałam w to niejako wmanewrowana jakieś trzy lata temu i tak już zostałam.

W moim przypadku najwięcej przysłowiowej roboty, jest na samym konwencie. Przed jest względny luz, ale jeśli ktoś robi około 200 kilometrów samochodem przez 3 dni, to wierzcie mi, może być zmęczony. Zmęczenie jednak jest gdzieś na szarym końcu, bo tak naprawdę najwięcej miejsca zajmuje olbrzymia satysfakcja z porządnie wykonanej pracy. Pracy, dodajmy nieodpłatnej. Nie ma jednak żadnych pieniędzy, które wynagrodzą nam to, co robimy. Nam, czyli organizatorom. Satysfakcja z dobrze wykonanej pracy, uśmiech na twarzach uczestników, prelegentów czy gości to chyba najlepsza zapłata, jaką można sobie wymarzyć, organizując duży festiwal.

Dla mnie osobiście, ten Copernicon był w pewien sposób wyjątkowy. Przede wszystkim dlatego, że w tym roku nie opiekowałam się gośćmi sama. Wraz z Martyną z bloga Rudość Życia, zasuwałyśmy na pełnych obrotach przez bite trzy dni. Z tego miejsca chcę Jej bardzo serdecznie podziękować za niesamowite ogarnięcie i szybkość w działaniu. Za to, że była moim Mózgiem i, że w chwilach kryzysu, potrafiła uspokoić. Jeszcze raz Margo – wielkie dzięki za całe trzy dni.

Skoro już jesteśmy przy podziękowaniach, to nie udałoby mi się wszystkiego tak szybko załatwiać, gdyby nie kierowcy – Bartek i Łukasz. Z Bartkiem jeździłam już drugi rok z rzędu, z Łukaszem po raz pierwszy. Serio, byliście najlepsi. Kawał dobrze wykonanej pracy, niezawodność i to, że zawsze ale to zawsze mogłam na Was liczyć: czy to w kwestii ładowarki do telefonu, czy chociażby cukierków, którymi zajadaliśmy się w samochodzie.

Copernicon zapisał się też w moim serduchu jako jeden z pierwszych, większych eventów, przy którym pomagałam. To, czego się nauczyłam przez trzy lata – zostanie ze mną na zawsze. Niesamowite jest jednak to, że co roku uczę się nowych rzeczy. Co roku zdobywam coraz więcej doświadczenia, które, tego jestem pewna, kiedyś mi się przyda. Te trzy dni września, są dla mnie zawsze czasem pełnym pracy, czasem, kiedy nie mam bardzo często nawet dwudziestu minut, żeby zjeść cokolwiek, co nie jest tostem. A i tak zmęczenie zwykle przychodzi w poniedziałek.

Paweł Opydo, który był jednym z naszych tegorocznych gości, bardzo dobrze to ujął. Robiąc mnóstwo rzeczy, pracując intensywnie, kiedy już myślisz, że zaraz padniesz i twoja bateria się rozładuje, nagle odkrywasz, że masz jeszcze całkiem spory zapas tej energii. Aktywuje się ona zazwyczaj chwilę po tym, kiedy wydaje ci się, że już nie dasz rady. Ale jak się włączy – świat jest twój. Do poniedziałku. Dokładnie tak było w tym roku. Prawdziwe zmęczenie dopadło mnie dopiero dziś. Jeśli miałabym określić swój stan, bez większego zastanowienia się powiedziałabym, że jestem dziś stu procentowym pierogiem. Uśmiechniętym i zadowolonym, ale jednak pierogiem.

Copernicon to jednak w pierwszej kolejności ludzie, którzy go tworzą. Bez nich, ta impreza w ogóle by nie wyszła. To, jak świetnie umiemy ze sobą współpracować, jest dowodem na to, że to, co robimy, ma sens. Że wychodzi. I że chce się to robić więcej i więcej i w zasadzie wpada się w taką jakąś pętlę. Jednakże to co muszę przyznać, to fakt, że wrzesień, w którym nie odbywa się Copernicon, to nie wrzesień. To dla mnie już jakiś stały punkt programu na ten miesiąc. Coś, bez czego wrzesień nie jest dla mnie taki sam. Świetnie jest patrzeć na ludzi w naprawdę cudownych strojach, w większości samemu zrobionych, którzy przez trzy dni są w naszym mieście i sprawiają, że jest ono chociaż przez chwilę inne od reszty.

Patrzcie, kogo spotkałam na @copernicon! #Toruń #TheWitcher #Yennefer #oldtown #fantastyka #cosplay #konwent #jest #super 😊

A photo posted by PiekielnaStronaPopkultury (@piekielnastrona) on

Konwenty to też czas, w którym każdy z nas może wyrazić siebie. Nie ma znaczenia, czy jesteś mangowcem, fantastą czy po prostu geekiem. Na konwencie możesz wyglądać jak chcesz – nosić wianek, kocie uszy czy ogon – i nikt ci złego słowa nie powie. To też jeden z powodów, dla których nie tylko swego czasu jeździłam na konwenty, a teraz – organizuję. Copernicon, zarówno dla fantastów jak i dla mangowców, jest miejscem, w którym przez trzy dni mogą bez żadnych przeszkód pokazać, co im siedzi w duszy.

Zagranie w RPG, planszówkę czy LARPA jest dla niektórych często jedyną formą odpoczynku. Dodajmy – często wymagającą spotkania się ze sobą w określonym czasie i miejscu przynajmniej kilku osób. Nie zawsze mamy po temu okazję. A tutaj, całe trzy dni są do naszej dyspozycji. Można zatem śmiało zatopić się w tym, co każdy z nas kocha najbardziej i zwyczajnie czerpać z tego radość. Dla organizatora takiego festiwalu nie ma chyba nic bardziej krzepiącego, niż słowa płynące z ust uczestników: Było świetnie, ekstra impreza! Za rok przyjadę na pewno.

Robiąc Copernicon, jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, mam poczucie, że robię coś nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla innych. Że mam swój maleńki udział w tym, aby osoby, które na Copernicon przyjeżdżają, czuły się tam najlepiej, jak to tylko możliwe. Jeśli tak jest – to ja mogę się tylko z tego cieszyć. Dawać innym powód do radości, stworzyć przestrzeń, w której nie tylko mogą odpocząć ale też uczestniczyć w ciekawych prelekcjach czy spotkaniach z autorami ulubionych książek. A potem patrzeć jak na portalach społecznościowych, pojawiają się kolejne zdjęcia z festiwalu, przedstawiające szczęśliwych ludzi. Ludzi, którzy dzięki nam, mieli okazję uczestniczyć w jednym z ważniejszych festiwali fantastyki w Polsce. Wy dziękujecie nam, organizatorom. A ja z tego miejsca, dziękuję wszystkim, którzy przyjechali na Copernicon. Bo to, co robimy robimy przede wszystkim z myślą o Was. Nigdy inaczej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!