Wsiadamy do BMW X5 czyli Joanna Chyłka i Zordon w akcji

Słuchajcie, uwielbiam szybkie i piękne samochody. Swego czasu, kiedy miałam z nimi nieco więcej styczności, potrafiłam godzinami zachwycać się nad pięknem sportowego BMW czy Toyoty. To taki mój trochę fetysz, który jest ciekawy chociażby z tego względu, że nie mam prawa jazdy.  Nie mniej jednak, nie raz i nie dwa zdarzyło mi się wzdychać do pięknych aut, które miałam okazję podziwiać chociażby w ukochanym przeze mnie serialu „Suits”. Nie bez kozery wspominam o tej właśnie produkcji, bowiem ma ona, przynajmniej w minimalnym stopniu, bardzo wiele wspólnego z tym, o czym chcę Wam dzisiaj opowiedzieć. Mowa tym razem o książce i to nie byle jakiej, bo o „Zaginięciu” autorstwa Remigiusza Mroza.

Kryminały, powieści przygodowe i te, w których akcja toczyła się niemalże tak szybko jak francuskie pociągi TGV, pochłaniam w ilościach hurtowych. To jest niezaprzeczalny fakt i nie ma sensu z nim polemizować. Tym bardziej ucieszyłam się, kiedy w moje łapki, a w zasadzie w łapki mojego czytnika, wpadło wspomniane wcześniej „Zaginięcie”. Siedziałam sobie w super ekstra zapchanym pociągu TLK relacji Jarosław – Toruń i, ściśnięta jak przysłowiowa sardynka w puszce starałam się czytać. Starałam się jest tutaj świetnym określeniem, bowiem nie byłam w stanie dokładnie skupić się na treści. Komfort podróży ma jednak olbrzymi wpływ na naszą percepcję. W końcu jednak udało mi się skończyć  „Zaginięcie” i to było coś, czego już teraz wiem, że chciałam niemalże tak samo jak olbrzymiego hamburgera z pyszną wołowiną 100%.

Czytałam „Zaginięcie” z wypiekami na policzkach, często nawet zarywając nockę. Nierzadko kończyło się to koszmarami, w których przemierzałam wraz z bohaterami ulice naszej stolicy, a naszym celem było dojście do prawdy. To w pełni oddaje klimat książki. W dużej mierze jest to zasługa języka, którym posługuje się autor. Książka jest napisana w taki sposób, by język był w pełni kompatybilny z tym, o czym ona jest. Jeśli zatem, tak jak w przypadku „Zaginięcia” wszystko rozbija się o uratowanie niewinnego człowieka od bardzo surowej kary więzienia, język musi to oddawać.

Fabuła powieści, jak już wspomniałam, oscyluje wokół sprawy zaginięcia córki bardzo bogatego biznesmena. Na pierwszy rzut oka wygląda to wszystko na pozorowane porwanie. Oczywiście rodzice są zrozpaczeni i zapewniają o swojej niewinności. Jednak, jeśli jest się dobrym prawnikiem, a Joanna Chyłka za takiego właśnie uchodzi, nie wierzy się swoim klientom, choćby i rzeczywiście mówili prawdę. Zadaniem adwokata jest udowodnienie niewinności, bądź też w przypadku winy oczywistej, osiągnięcie jak najmniejszego wymiaru kary. W „Zaginięciu” mamy to wszystko podane na srebrnej tacy. Remigiusz Mróz doskonale opisuje prawidła rządzące polskim wymiarem sprawiedliwości a także w prostych słowach tłumaczy je czytelnikowi, który tak jak przykładowo ja, nie ma zielonego pojęcia o paragrafach, ustawach i innych tego typu rzeczach. W tym celu zapewne został stworzony Zordon, czyli Kordian Oryński – aplikant naszej głównej bohaterki.

Zordon świetnie sobie radzi jako prawnik początkujący, jednakże cały czas widzimy w jego zachowaniu pewne braki, które jednak wynikają ze stażu prawniczego. Nie można jednak uznać, ze jest on totalnie głupi. Zordona cechuje niesamowita intuicja, a także zdolność logicznego myślenia i kojarzenia faktow, co w zawodzie prawnika jest wprost nieocenione. Te wszystkie cechy świetnie komponują się z kolei z cechami Joanny Chyłki, która jest bezwzględna, skuteczna i stanowcza. Można spokojnie porównać ją do lwicy w dziedzinie prawa. Czytelnik bowiem poznając Joannę Chyłkę, od razu wie, że ta kobieta jest cudotwórczynią jeśli chodzi o prawo. A dodatkowo jeździ BMW X 5 co dla mnie jest w zupełności wystarczającym argumentem przemawiającym na jej korzyść.

Chyłka jest jaką kobietą, jaką ja zawsze chciałam być, ale nigdy nie będę. To nie jest romantyczka, idealistka czy kobieta kierująca się w życiu tylko i wyłącznie intuicją. Poznając ją poprzez powieść, nie sposób jej nie polubić a jeśli komuś się to zdarzy, to na pewno nie przejdzie obojętnie wobec jej profesjonalizmu i stanowczego charakteru. To przysłowiowa baba z jajami, a takie kobiety zawsze mają w sobie coś, co każe przynajmniej okazać im szacunek.

Sama konstrukcja bohaterów powieści idealnie komponuje się z gatunkiem, który „Zaginięcie” reprezentuje. W zasadzie powinnam tu powiedzieć o tym, że „Zaginięcie” to kilka gatunków połączonych ze sobą i w efekcie dających jedną spójną, absolutnie fantastyczną całość. Mamy tu bowiem elementy kryminału, powieści przygodowej a także thrillera. Niektóre sceny, są niemalże tak dynamiczne jak te w niejednym filmie akcji. W efekcie otrzymujemy ciekawą i wciągającą powieść, która nie daje o sobie zapomnieć przez bardzo długi czas i tym samym, potęguje ona w nas apetyt na więcej.

Musimy bowiem wiedzieć, że Joanna Chyłka i Zordon, są bohaterami trylogii. W tym momencie brawa i oklaski dla mnie, bo zaczęłam przygodę z tą dwójką bohaterów od…Drugiego tomu. Nie sprawdziłam czego trzeba, na szybko i w ogóle. Mimo to, zupełnie nie miałam wrażenia, jakbym czegoś nie rozumiała. To z kolei świadczy bardzo dobrze o powieści. Jeśli czytelnik, nie znając pierwszej części, przypadkiem trafia na drugą i czyta mu się ją rewelacyjnie, nie odczuwa braków fabularnych, to znaczy, że to dobra powieść jest. Bardzo rzadko się tak zdarza, aby do rozpoczęcia przygody z jakimś cyklem, nie była wymagana znajomość pierwszego. Czasem bowiem w kolejnych tomach występują znaczące i mające niemały wpływ na fabułę odniesienia, których czytelnik nie znający pierwszego tomu, może zwyczajnie nie rozumieć. Co za tym idzie, książkę czyta mu się średnio. Tego jednak w „Zaginięciu” nie uświadczymy, bo jeśli są jakiekolwiek odniesienia do pierwszej części przygód naszych prawników, w żaden sposób nie wpływają one na te, które mają miejsce w drugim.

Całkiem niedawno miała miejsce premiera trzeciego tomu przygód Joanny Chyłki i Zordona, a mianowicie „Rewizja”. Nie miałam jeszcze okazji jej przeczytać, ale myślę, że stanie się to bardzo szybko. Najpierw jednak muszę skończyć część pierwszą, jednakże biorąc pod uwagę szybkość, z jaką ją pochłaniam a która jest zbliżona do pędu BMW X5, sądzę, ze mój majowy budżet może zostać nieco nadwyrężony. Nie wyobrażam sobie bowiem sytuacji, w której nie przeczytałabym kolejnej części przygód Chyłki i Zordona. W końcu czego jak czego, ale dobrych książek nigdy dość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!