Bohaterowie Lustra, czyli o serii z Joanną Chyłką Remigiusza Mroza słów kilka

Po czym poznać, że książka, którą czytacie, jest naprawdę dobra? U mnie nie ma jednoznacznego wyznacznika jakości. Książka jest dobra dla mnie wtedy, kiedy albo a) nie jestem w stanie się w żaden sposób od niej oderwać, a kiedy już muszę, jest to przeżycie niemalże traumatyczne albo b) do bólu jestem w stanie utożsamiać się z bohaterem i robię to bardzo często nieświadomie. Na przykład w łazience, kiedy się maluję. Albo kiedy pędzę do pracy, bo znowu zaspałam. Albo jak piję kawę. Zupełnie jak Joanna Chyłka. Tych „albo” jest naprawdę dużo. Nie mówię o nich bez przyczyny. Ostatnio bowiem w moje życie, całkiem niepostrzeżenie i tak jakby trochę po cichu, wkradła się pewna pani adwokat – właśnie wspomniana Chyłka, razem ze swoim aplikantem i tak jakoś już zostali. Dobrze, że nie wypijają mi kawy rano.

Wpis ten jest efektem ubocznym tego, ze skończyłam czytać wszystkie części powieści Remigiusza Mroza z Joanną Chyłką. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie pomyliła kolejności książek, ale mniejsza o to. Przyznaję otwarcie i uczciwie, że mam po tych książkach totalnego kaca i jeśli kac po alkoholu miałby w przyszłości wyglądać tak samo, to z pewnością skończyłabym niechybnie jak Joanna Chyłka albo i nawet gorzej. Co zatem sprawiło, że wciągnął mnie tak świat prawa a tym samym perypetie naszej dwójki bohaterów?

Wiecie, uwielbiam kryminały. Dobry kryminał jest u mnie na wagę złota i jak go już dostanę w swoje łapki, to prędko nie oddam. W przypadku książek Remigiusza Mroza, ciężko mówić o tym, że są one sensu stricte kryminałami, o czym pisałam już wcześniej. Mróz, choć to bardzo młody autor, w genialny sposób łączy w swoich książkach gatunki takie jak wspomniany wcześniej kryminał, akcja czy thriller, okraszając to wszystko porządną dawką humoru i mnóstwem popkulturowych odniesień. Swoją drogą, jakoś dalej mając przed oczami Oryńskiego, widzę w nim Mike’a Rossa. Wszystko to razem sprawia, że książka jest nie tylko ciekawa i wciągająca, ale też bardzo oryginalna. To mieszanka jakiej próżno szukać na polskim rynku literackim. Co prawda mogę się tutaj mylić, bo przemawia przeze mnie w tym momencie moja wewnętrzna fangirl, ale na pewno rozumiecie, o co mi chodzi.

Kasacja”, „Zaginięcie” oraz „Rewizja”, to książki, które w ostatnim czasie sprawiły, że bardzo mało spałam. Nie dlatego, że mam problemy ze snem. Chodzi o to, że po pierwsze, notorycznie zasypiałam z czytnikiem na nosie, a po drugie, siedziałam czasem nawet i do białego rana, byleby tylko wiedzieć co będzie dalej. Każda historia, która została w nich przedstawiona, jest zarysowana z niezwykłą precyzją a dodatkowo, Remigiusz Mróz praktycznie w każdej części zdaje się grać czytelnikowi na nosie. Mam oczywiście na myśli to, w jaki sposób się dane książki kończą. Tak się nie robi! Czytelnik też człowiek. Szczególnie mam na myśli zakończenie „Rewizji”.

Nie chcę jednak zagłębiać się zbytnio w samą fabułę powieści. Musicie sami przeczytać i wtedy będziecie wiedzieć o co chodzi. Chciałabym się jednak skupić na nieco innej kwestii, która tez jest pięknie nakreślona w praktycznie każdej książce Remigiusza Mroza i nie mówię tu jedynie o serii z Joanną Chyłką w roli głównej.

W każdej książce Remigiusza Mroza, a przynajmniej tej, które czytałam, (zostało mi ich jeszcze kilka, spokojnie) poza niezwykle ciekawą i często zawiłą fabułą, występuje coś jeszcze. Mróz nie stroni bowiem od poruszania kwestii moralności w swoich powieściach. Miało to miejsce zarówno w cyklu przygód z Wiktorem Forstem, jak i właśnie z Joanną Chyłką. Skupmy się jednak na tym drugim cyklu, bo odważnie wysnuję tutaj stwierdzenie iż tam dylematów i konfliktów na tle moralnym, jest znacznie więcej.

Na samym początku musimy się jednak chwilę zatrzymać przy głównych bohaterach powieści i tym, w jaki sposób są oni konstruowani. Chyłka i Zordon to lustra. Dosłownie i w przenośni. Do tego stopnia, że nawet jedzą odmienne rzeczy – Chyłka pochłania mięso w ilości każdej, Zordon – sałatki i ryby. Ten kontrast i właśnie lustrzane odbicie, są świetnym początkiem, który można wykorzystać właśnie do stworzenia w powieści konfliktu bohaterów. Nie mam tu na myśli takich błahych spraw. Joanna Chyłka to postać bezkompromisowa, twarda i bardzo pewna siebie. Określając ją jako osobę, która idzie po trupach do celu, nie pomylilibyśmy się za bardzo. Na swoją pozycję w kancelarii prawniczej bardzo długo pracowała i dlatego też broni jej jak lwica. Jest to w gruncie rzeczy zrozumiałe, jeśli weźmiemy pod uwagę to, jak Chyłka żyje. Nie ma się co okłamywać – to kobieta, która lubi szybkie i drogie samochody, lubi wygodę szeroko rozumianą i jak nikt inny ceni sobie święty spokój, co bardzo często podkreśla. Do swojego mieszkania nie wpuszcza każdego, na to, aby tam chociaż przez chwilę być, trzeba sobie w jakiś szczególny sposób (albo całkiem prozaiczny, jak w przypadku Szczerbatego) zasłużyć. Te wszystkie cechy dają nam obraz kobiety niemalże idealnej. Niestety, nie można oprzeć się wrażeniu, że jest to tylko i wyłącznie maska Chyłki. Potwierdza się to w „Rewizji”. Tutaj nasza bohaterka może nie tyle przechodzi przemianę, co…Widzimy jej drugą, tę prawdziwą twarz. Chyłka już nie jest idealna, nie jest zawsze perfekcyjnie ubrana. O ile w dwóch poprzednich tomach byłam skłonna marzyć o tym, aby kiedyś stać się taka, jak właśnie nasza wspomniana wcześniej pani adwokat, o tyle po „Rewizji” całkowicie straciłam na to ochotę. Nasza bohaterka zostaje niejako obdarta ze swoich niemalże boskich cech i pokazana nam zostaje jako osoba bardzo ludzka a co za tym idzie – prawdziwa. Taka, która ma problem (żeby jeden!), która jest zalękniona i która absolutnie nie potrafi w żaden sposób poukładać swojego życia. Co więcej – nagle czytelnik uświadamia sobie, że jej życie, tak naprawdę nigdy poukładane nie było. Przyznam szczerze, że bardzo lubię taką konstrukcję a przede wszystkim dynamikę rozwoju postaci. Po pierwsze dlatego, że to czyni sama postać znacznie bardziej ciekawą. Po drugie – bo postać staje się bardziej realna. O ile sięgam pamięcią, podobny zabieg – może nie dosłowny, ale bardzo zbliżony – został zastosowany w Zbrodni i karze, gdzie nasz główny bohater przechodzi praktycznie identyczną przemianę, choć jego motywacje są zgoła inne. Sama możliwość porównania Chyłki z Raskolnikovem, świadczy o tym, jak przemyślana i dobrze skonstruowana jest to postać.

Zupełnie inaczej rzecz się ma, jeśli chodzi o Kordiana Oryńskiego. Ten bohater także ewoluuje na przestrzeni książek wchodzących w skład serii, jednakże w zupełnie odwrotnym kierunku, aniżeli ma to miejsce w przypadku Joanny Chyłki. Oryński jest przede wszystkim nowicjuszem, jeśli chodzi o praktykowanie prawa. To świeżo upieczony prawnik, którego profesja, której się podjął nie zdążyła jeszcze przysłowiowo mówiąc, spaczyć. Nie będzie tu chyba zbyt dużym nadużyciem, jeśli użyję wobec niego określenia idealista. Zordon jest idealistą bez dwóch zdań. Święcie wierzy w to, że są dy wymierzają sprawiedliwość, a domniemanie niewinności powinno być podstawową zasadą, którą każdy prawnik kieruje się w swoim życiu. W jednej z trzech części powieści, a mianowicie w Zaginięciu, mamy rozmowę pomiędzy Oryńskim a Chyłką, dotyczącą tego, czy klient którego bronią, jest faktycznie niewinny. Kordian twierdzi, że jest. Chyłka ma zgoła odmienne zdanie, a uzasadnia je stwierdzeniem, że dla niej nie jest istotne to, czy klient jest winny czy nie. Dla niej istotne jest to, jaki będzie wyrok sądu, zaś jej zadaniem jest sprawić, aby wyrok był możliwie jak najniższy. Sami zatem widzicie, jak różne stanowiska, jeśli chodzi o pracę zajmują nasi bohaterowie. Nie inaczej rzecz się ma w przypadku ich życia. Kordian, jest moim zdaniem ostatnią osobą, o której (przynajmniej w pierwszej i drugiej części) możemy powiedzieć, że jest pewna siebie. To młody mężczyzna, który tak naprawdę dopiero wkracza w świat wielkich procesów sądowych. Jest nieco zdezorientowany, natomiast to, czym w zdecydowany sposób różni się od Chyłki, to jego podejście do życia. Kordianowi nie zależy na tym, aby zarabiać fortunę. Nie ma nawet samochodu. Żyje skromnie a problemy finansowe nie omijają go szerokim łukiem. Tym samym, czytelnik może łatwiej zrozumieć tę postać. Nadaje ona bowiem powieści bardziej realistyczny charakter, a nie czyni jej jedynie piękną i ugłaskaną bajką dla osób, które szukają łatwej rozrywki.

Kontrast pomiędzy naszą dwójką bohaterów to coś, co w sposób szczególny ujęło mnie jeśli chodzi o każdą jedną część ich przygód. Co prawda Kordian, podobnie jak i Chyłka, zmienia się w „Rewizji” jednakże ta zmiana także stoi w opozycji do naszej głównej bohaterki. Kordian bowiem potrafi w ostatecznym rozrachunku zapanować nad swoim życiem i dokonać wyborów, które będą w pełni zgodne z jego przekonaniami, a jednocześnie nie będą one krzywdzące dla bliskich mu osób.

Nie bardzo miałam pomysł na to, w jaki sposób przekonać Was do sięgnięcia po którakolwiek z książek Remigiusza Mroza. Oczywiście jeśli wcześniej sami tego nie zrobiliście, a jeśli zrobiliście, to chwała Wam i cześć. Wyszłam jednak z założenia, że jeśli pokażę Wam, na czym tak naprawdę polega fenomen jego książek, to będzie to wystarczający powód, aby zachęcić Was nie tylko do serii o Joannie Chyłce, ale także do innych jego książek. Musicie bowiem wiedzieć, że konstrukcja bohaterów, nawet jeśli jest ona genialna i bardzo przemyślana, będzie niczym, jeśli język książki, fabuła i zwroty akcji nie będą takie, jak być powinny. Remigiusz Mróz czerpie garściami z dobrodziejstw klasyków kryminałów, jak i powieści przygodowych czy akcji a wszystko to jest okraszone całkiem przyjemnym i przede wszystkim przystępnym w odbiorze przez czytelnika językiem. Co bardziej „czepialscy” mogą mu zarzucać zbyt dużą kolokwialność, natomiast w moim odczuciu, zupełnie tak nie jest. Język powieści Mroza jest w pełni kompatybilny z tym, o czym pisze. Jeśli zatem bohaterami jego powieści są prawnicy, oczywistym jest, ze bardzo dużo prawniczego żargonu się w tych książkach pojawi. Nie inaczej jest, jeśli mówimy o przygodach komisarza Forsta czy Christiana Leitnera. Język w powieściach Remigiusza Mroza, poza tym, że nakreśla czytelnikowi to, z jakimi postaciami ma do czynienia, dodatkowo doskonale oddaje realia, w jakich akcja powieści się rozgrywa i przede wszystkim – jaka jest jej dynamika. Jeśli przykładowo, nasz bohater umawia się na randkę ze swoją narzeczoną, język jest delikatny i bardzo wyszukany – nie tylko ten w dialogach, ale też ten, którym opisywana jest taka czy inna scena. Taka stylistyka bardzo mi odpowiada, ponieważ nadaje ona powieści oryginalny charakter i sprawia, ze nie jest ona kolejną, pisaną dla mas książką, a tworem oryginalnym i przemyślanym.

Póki co, skończyłam moją przygodę z Chyłką i Zordonem. Tymczasowo cofnęłam się w czasie, bowiem pierwszy tom Parabellum zapowiada się pysznie. Powtarzam zatem raz jeszcze, jeśli jeszcze nie czytaliście żadnej z książek Remigiusza Mroza, czym prędzej nadróbcie. To kawał naprawdę porządnej powieści a gwarantuję Wam, że i śmiechu przy nich będziecie mieć co niemiara. Ja tymczasem zakopuję się pod kołderkę z gorącą herbatą i chusteczkami, co by się wykurować z tego paskudnego przeziębienia, co mnie dopadło. A wy czytajcie. Czytanie jest ekstra.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!