Can I rewind?

Pisałam już o filmach, serialach, w przygotowaniu mam nawet kilka wpisów o książkach. Natomiast dawno, dawno temu, pojawił się tu wpis o grze. Podobnie będzie i dziś – żadne książki, filmy czy seriale. W związku z premierą ostatniego epizodu gry przygodowej Life is Strange, pokuszę się o zrecenzowanie całości. Początkowo miałam pomysł, żeby recenzowac każdy pojedynczy epizod, który się ukazywał. Doszłam jednak do wniosku, że lepiej będzie zebrać wszystko w całość. Od razu lojalnie uprzedzam – mogą pojawić się spoilery.

Na tę grę czekałam bardzo długo i z niemałym zniecierpliwieniem. Po pierwsze dlatego, że bardzo lubię gry przygodowe, a już szczególnie te, które stwarzają możliwość jakiegokolwiek wyboru fabularnego. Oczywiście czasem jest tak, że niezależnie od tego, co w danym momencie klikniemy, gra i tak nas doprowadzi do jedynego słusznego zakończenia, co miało miejsce chociażby w przypadku pierwszej części The Walking Dead. W moim mniemaniu, to nie jest dobre, gdyż stwarza u gracza poczucie bezsensowności poprzednich decyzji. Jeśli zaś chodzi o Life Is Strange, to decyzje wpływają na fabułę czy na zachowania innych bohaterów wobec naszej protagonistki. Zakończenie gry też niejako jest zależne od naszego wyboru, aczkolwiek wybór ten jest mocno ograniczony.maxresdefault

Premiera pierwszego epizodu gry, miała miejsce 30 stycznia bieżącego roku, produkcją zajęło się Dontnod Entertainment zaś wydawcą był Square Enix. Life Is Strange, to, jak już wspomniałam gra epizodyczna, przygodowa o charakterze fikcji interaktywnej. Oznacza to ni mniej ni więcej, ale właśnie to, o czym już wczesniej pisałam – gracz niejako wchodzi w świat mu przedstawiony i ma możliwość, przynajmniej częściową, kierowania fabuły w wybrany przez siebie sposób. Wyborów tych dokonujemy grając naszą protagonistką – Maxine. Dodam jeszcze tylko, że gra wyszła na komputery z systemem Windows, konsole X-Box 360 i X-Box One oraz  PS3 i PS4.

Naszą główną bohaterkę poznajemy w bardzo nietypowych okolicznościach przyrody i nie jest to przypadkowe stwierdzenie. Scena, która rozpoczyna naszą przygodę, ukazuje ogromne tornado, trąbę powietrzną i to w okół niej, paradoksalnie, oscylować będzie całość fabuły. Zanim jednak do niej przejdę, chciałabym krótko przedstawić postaci występujące w grze.

Poza naszą protagonistką, mamy tu też Chloe, postać bez wątpienia bardzo charyzmatyczną i dającą się lubić. Chloe, jak się dowiadujemy, jest przyjaciółką z dzieciństwa naszej protagonistki. Ta niebieskowłosa buntowniczka, wychowywana przez matkę i ojczyma, niejako wciąga Maxine w świat kompletnie inny od tego, do którego maxresdefault (1)zdążyła przywyknąć. To świat, w którym wagarowanie, palenie papierosów czy nawet posiadanie broni, jest na porządku dziennym. Nasze bohaterki jednak mimo wielu różnic w charakterach, doskonale się ze sobą dogadują.

Nie bez znaczenia jest tu też postać niejakiego Nathana Prescotta, niezwykle zamożnego dzieciaka, uczęszczającego do tej samej szkoły, co Maxine. Jego postać ma ogromne znaczenie dla fabuły. Nie chciałabym jej za bardzo zdradzać, dlatego powiem jedynie tyle, że poznajemy go w niekoniecznie ciekawej sytuacji. Następstwa tego zdarzenia,  stanowią osnowę linii fabularnej całej gry i zaręczam Wam, że w jego przypadku nic nie jest takie, jakby się mogło wydawać od początku. Skoro już jesteśmy przy szkole, to nie można pominąć tu postaci Victorii – dziewczyny bardzo zamożnej, postaci stereotypowej, klasycznej wręcz. To ładna, bogata dziewczyna, z ambicjami, zwykle spotykamy ją w otoczeniu wianuszka przyjaciółek. To ten typ szkolnej divy, który nie opuszcza żadnej szkolnej imprezy, nosi najlepsze ubrania i bardzo mocno zadziera nosa. Warto też wspomnieć – chociażby dla samego kontrastu – postać Kate Marsh. Kate pochodzi z bardzo wierzącej rodziny i jest absolutnym przeciwieństwem Victorii. To cicha, „szara myszka” – w każdej historii z motywem szkoły taka postać występuje. Kate i Maxine może nie są przyjaciłółkami, ale nasza protagonistka ma z nią na pewno lepszą więź niż ze wspomnianą wcześniej Victorią- przynajmniej w tym rozwiązaniu fabularnym, które ja wybrałam. No i ostatnia z takich najbardziej kluczowych postaci, a mianowicie David Madsen – ojczym Chloe. David pracuje w szkole do której uczęszcza Maxine i pełni w niej funkcję szefa ochrony. Jego postać z kolei także nie jesc767675e-1d52-40db-a2f7-0f69c6513a19t jednoznaczna. Do pewnego momentu pałałam szczerą nienawiścią do Davida. Złożyło się na to wiele czynników, jak chociażby sam design postaci. Natomiast później okazuje się, podobnie jak w przypadku Nathana, że nie do końca jest tak, jak myśleliśmy przez większość rozgrywki.

Skoro znamy już mniej więcej postaci, przejdźmy do sedna, czyli do tego, o czym gra właściwie jest. Fabuła Life Is Strange, jest w moim mniemaniu jedną z najlepszych wymyślonych do tej pory, przynajmniej jeśli chodzi o gry video. Nie bierzcie jednak tego tak zupełnie na serio i poważnie, bo ja tak naprawdę mało gram więc mogę się mylić.  Wszystko rozbija się  o niespotykany dar, który nasza protagonistka posiada, a mianowicie możliwość cofania czasu i zmieniania przeszłości. Jeśli dodamy do tego tajemnicę zagnięcia dziewczyny ze szkoły Maxine, niejakiej Rachel Amber, otrzymamy całkiem interesującą pozycję przygodową z atrakcyjnym motywem zagadki. Zniknięcie Rachel oraz dojście do tego, jak zniknęła i co się z nią stało, to główne zadanie naszej protagonistki oraz jej przyjaciółki Chloe. Zaznaczę tylko, że o ile samo zniknięcie Rachel, jest głównym wątkiem fabularnym, wspomniany wcześniej huragan także nie jest tu bez znaczenia. Fabuła Life Is Strange, jest na tyle złożona, że nawet jeśli z jakiegoś względu, nie spodoba Wam się główny wątek (moim zdaniem, nie ma takiej opcji żeby się wam nie spodobał), to są jeszcze wątki poboczne – nie mniej interesujące od głównego, jak chociażby historia Davida czy Kate.

Kolejną rzeczą, na którą niewątpliwie warto zwrócić uwagę przy okazji Life Is Strange, jest cała otoczka graficzna. Nie ukrywam, jeśli chodzi o sam wygląd gry, to nie ma w nim nic nadzwyczajnego, natomiast pojawiające się w momencie zapisywania postępu, tak jakby rysowane białym ołówkiem/kredką kartki papieru czy też aparat, nadają tej grze uroku. Co więcej, mimo, że grafika  nie jest na najwyższym poziomie i średniej jakości sprzęt komputerowy spokojnie ją „uciągnie” to gra i tak jest ładna wizualnie. Tekstury nie rażą oczu, (przynajmniej jeśli o mnie chodzi, bo Mojemu Mężczyźnie raziły), a postaci ruszają się naturalnie.  Gra na średniej jakości i wcale nie najnowszym sprzęcie chodzi płynnie a to, niezależnie od tego z jakim typem gry mamy do czynienia, jest ważne. Nie wiem w ilu klatkach na sekundę, wybaczcie nie znam się na fps’ach. Dla mnie jako gracza, liczy się fakt, że nie ma w tej grze bezsensownych przycięć, czy zbyt długich ekranów ładowania. Całość jest pod tym względem bardzo dobrze zoptymalizowana.

Niewątpliwą zaletą Life Is Strange jest jego ścieżka dźwiękowa, doskonale wpasowująca się w cały klimat gry. To w dużej mierze bardzo przyjemne kompozycje gitarowe balansujące pomiędzy indie rockiem a klasycznym rockiem, chociaż muszę przyznać, że nie brakuje tu też mocniejszych kawałków. Jonathan Morali, bo to on był odpowiedzialny za muzykę w grze, stworzył bardzo przyjemne dla ucha kompozycje, które w żaden sposób nie odciągały uwagi gracza od fabuły. Dodatkowym atutem, jest możliwość grania przez naszą protagonistkę na gitarze, kiedy znajdujemy się w life-is-strange-recenzja-2jej pokoju w akademiku.

Rozgrywka i sama mechanika Life Is Strange jest w tym przypadku dość prosta. Gra troszeczkę prowadzi nas za rękę, w żaden sposób nie jesteśmy w stanie się pogubić, czy też nie wiedzieć co mamy w danej sekwencji wykonać. Oczywiście dużo zależy od rozmów z poszczególnymi postaciami, bo to one w dużej mierze naprowadzają nas na to, co mamy zrobić. Nie ma tu misji w dosłownym tego słowa znaczeniu. Bardziej ujęłabym to jako zadania a, jeśli nie licząc dosłownie kilku, są one bardzo proste. Sama możliwość cofania czasu, uwarunkowana zdolnością Maxine, jest tutaj o tyle dobra, że jesli coś nam nie wyjdzie, zawsze możemy czas cofnąć i podejść do zadania jeszcze raz. Nie ma tutaj klasycznego „game over” czy końca żyć. Nie ma też „wyrzucania” gracza do ostatniego save pointa. Jednak temu cofaniu czasu chciałabym poświęcić dłuższą chwilę.

Dwa pierwsze epizody gry, są swoistym wprowadzeniem nas w historię i mnie osobiście nudziły. Nie dlatego, że były one nieciekawe ale dlatego, że nie były dynamiczne. Epizody te niesamowicie mi się dłużyły. Szczególnie drugi, który w dużej mierze sprowadzał się do cofania czasu. Jasne, gra chciała nas nauczyć, że wow mamy taką moc i możemy jej używać. Natomiast w pewnym momencie dochodziło do „spamowania” tą zdolnością. Ok, gra de facto jest o cofaniu czasu, ale ileż można?! Jak się później okazało, miało to swój ukryty sens, jednakże żeby do niego dotrzeć, ja osobiście więcej się denerwowałam, niż czerpałam z tego jakąkolwiek przyjemność. Na całe szczęście, potem jest już tylko lepiej. Dynamika gry poprawia się pod sam koniec epizodu 2 i trzyma w napięciu do samego końca, czyli do odcinka 5.

Samo sterowanie gry jest banalnie proste i mamy tutaj dwie opcje do wyboru: możemy skorzystać z tej klasycznej, czyli z klawiatury i myszki, bądź też, i tę opcję ja wybrałam, grać na padzie. Jak komu wygodniej, obie techniki się sprawdzają. W tej grze nie ma czegoś takiego, że lepiej tak, czy lepiej tak. Zarówno na klawiaturze jak i na myszce gra się w nią dobrze (wiem, że tak jest, bo Mój Mężczyzna grał na klawiaturze i nie narzekał). Wszystko sprowadza się do klikania w poszczególne elementy, przedmioty, bądź też wybierania odpowiedzi. Innymi słowy – nic skomplikowanego. Poza tym, jeśli gra wprowadza dodatkowe opcje, informuje nas o nich w sposób małoinwazyjny, jednakże na tyle skuteczny, że nie jesteśmy w stanie ich przegapić. Bardzo fajnym rozwiązaniem, które twórcy wprowadzili do gry, jest telefon komórkowy naszej protagonistki, z którego też możemy poznać część historii, jak chociażby to, jakie są jej relacje z rodzicami oraz dziennik, z którego także można dowiedzieć się mnóstwa, nierzadko przydatnych, rzeczy. W dzienniku są też zdjęcia, które Maxine może robić, o czym gra e4y6qwvhv808mmv9wimdtakże nas informuje. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to”lip-sync”, czyli poruszanie ustami postaci w trakcie wypowiadania przez nich swoich kwestii, który w tym przypadku wypadł dość słabo.

W ogólnym rozrachunku, gra wypada bardzo dobrze. Rozgrywka zajęła mi około 15 godzin i to tylko dlatego, że grałam z przerwami. Należy jednak przyjąć, że na jeden odcinek potrzebujemy od 2- do 2,5 godziny. Wszystko oczywiście zależy od tego, jak sprawnie będzie nam szło rozwiązywanie zagadek. Poza tym, jest to bardzo dobra pozycja, jeśli chcemy znaleźć sobie zajęcie na długie jesienne wieczory. Poza lip-sync, który w mojej ocenie wypadł tu słabo, jest jeszcze jedna rzecz, do której mogłabym się „przyczepić” aczkolwiek byłoby to „przyczepianie się” bardzo na siłę. Chodzi tu o dziury fabularne, które jednak mają w grze rację bytu.  W moim mniemaniu jest to efekt niechlujności, który nie powinien mieć miejsca w ŻADNEJ GRZE. Natomiast cała reszta jest na duży plus. Grą roku Life Is Strange prawie na pewno nie zostanie, bo konkurując z Wiedźminem 3 czy chociażby z Metal Gear Solid V nie ma najmniejszych szans, ale czy to jest tak naprawdę istotne? Dla mnie, jako osoby która raczej nie jest „nałogowym graczem”, Life Is Strange spełnia wszelkie wymogi dobrej, intelektualnej rozrywki. Historia przedstawiona w grze jest na pewno dużo bardziej ciekawsza, niż nie jeden serial Amerykański, więc gorąco Was zachęcam do zapoznania się z nią.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!