Call me by your name czyli o miłości trochę inaczej

Sezon na premiery filmów nominowanych do Oscara właśnie się rozpoczął. Oczywiście były już premiery takich produkcji jak Uciekaj! czy Dunkierka. To oczywiście bardzo dobre filmy, niemniej jednak, w mojej opinii, niekoniecznie mają szansę na wygraną. Dlaczego wysnuwam tak śmiały wniosek już na początku tego wpisu? Chociażby z tego względu, że czekają na nas premiery takich tytułów jak 3 billboardy za Ebbing, Missouri czy Czas Mroku, jak również Czwartej władzy czy Lady Bird. To mocne tytuły, dużo się o nich mówi i nie ukrywam, że pokładam w nich wielkie nadzieje. Jeśli jednak mam być szczera, to wieszczę powtórkę z zeszłorocznego rozdania Oscarów. Jak wszyscy wiemy, Moonlight w zeszłym roku okazało się być czarnym koniem ceremonii. Podejrzewam, że w tym roku może być nim Call me by your name i to wcale nie ze względu na temat, który ta produkcja porusza. Jest to scenariusz adaptowany, czyli innymi słowy – ekranizacja powieści Andre Acimana o tym samym tytule. Nie czytałam książki, w związku z tym, jeśli szukacie tutaj porównań albo zastanawiacie się, czy to dobra adaptacja, to nie znajdziecie tutaj takiej odpowiedzi.

Podczas seansu Call me by your name, czułam się trochę tak, jakbym siedziała tuż obok artysty i patrzyła, jak tworzy swoje dzieło. Przez cały film bowiem, miałam nieodparte wrażenie, że uczestniczę w procesie tworzenia obrazu. Zaczynając od szkicu, poprzez wprowadzanie coraz większej ilości szczegółów, aż po sam finał, kiedy dzieło wzrusza i zachwyca jednocześnie. Niewątpliwie jest to zasługa narracji oraz pracy kamery. Początkowo bowiem, nie do końca mogłam cokolwiek powiedzieć na temat bohaterów – ani tego, jacy są, ani też jak wyglądają. Dopiero z czasem, postaci oraz relacje pomiędzy nimi nabierały charakteru. Myślę tym samym, że właśnie w narracji oraz tym, jak film został nakręcony tkwi jego największy potencjał. Sama w sobie historia jest bowiem taka, jakich wiele w kulturze. Ot, opowieść o dorastaniu, odkrywaniu swojej cielesności i szukaniu własnego „ja”. W zestawieniu z przepiękną scenerią Włoch, klimatyczną muzyką oraz naprawdę dużym ładunkiem emocjonalnym, ze zwykłej i w gruncie rzeczy bardzo prostej historii, rodzi się coś wspaniałego. Coś, co jest w stanie nie tylko wzbudzać nasz zachwyt ale też skłaniać do refleksji.

O czym jednak dokładnie jest Call me by your name? To historia której akcja toczy się na przestrzeni wakacji, w latach 80-tych. Młody Oliver (Armie Hammer ), przyjeżdża do rodzinnej willi profesora Perlmana, by pomagać mu w badaniach naukowych. Podczas swojego pobytu, nie tylko pomaga mu w badaniach, ale też nawiązuje ciekawą znajomość z jego nastoletnim synem Elio (Timothée Chalamet). Relacja tych dwojga bohaterów, stanowi kanwę całej opowieści. Elio i Oliver początkowo nie będą pałać do siebie sympatią, z różnych względów. Z czasem jednak okaże się, że ich znajomość zacznie zmieniać ich życie oraz sposób postrzegania pewnych kwestii.

Call me by your name, z racji tematu który podejmuje, jest bardzo cielesny. Mamy piękne kadry dłoni, ramion czy wreszcie całych sylwetek postaci. Dużo tu też mimo wszystko nagości, ale takiej bardzo wysmakowanej i w pełni uzasadnionej – wszak lato we Włoszech jest gorące. Wrażenie cielesności w najnowszej produkcji Guadagnino, potęgują wszechobecne, antyczne rzeźby. Ten element także jest uzasadniony, ponieważ profesor Perlman jest historykiem sztuki a badania,które prowadzi dotyczą rzeźb antycznych właśnie. Myślę sobie, że nie można było lepiej podkreślić aspektu fizyczności naszych bohaterów. I jasne, to z całą pewnością jest element oryginalnej fabuły Call me by your name, co nie zmienia faktu że nadaje jej on spójności i bardzo konkretnej formy.

Jednym z najmocniejszych elementów Call me by your name, oczywiście poza grą aktorską i wspaniałą muzyką, są zdjęcia. Przyznaję, że nigdy we Włoszech nie byłam, ale jestem niemalże w stu procentach pewna, że z pewnością właśnie tak by one wyglądały w latach osiemdziesiątych. Filtry, które nadają obrazowi nieco pastelowego kolorytu, to świetne rozwiązanie. Podobnie zresztą rzecz się ma, jeśli chodzi o uzupełnienie obrazu muzyką – z jednej strony klasycznymi kompozycjami na fortepian, z drugiej – popowymi numerami rodem z lat osiemdziesiątych. Każdy z tych elementów, wydaje się być idealnym dopełnieniem obrazu.

To, że role głównych bohaterów są absolutnie doskonałe, zagrane od Ado Z, nie ulega żadnej wątpliwości. W produkcjach tego typu, występuje jednak realne zagrożenie, że postaci drugoplanowe, nie zostaną w odpowiedni sposób wyeksponowane. W przypadku Call me by your name, nie mamy tego typu sytuacji. Każda z postaci – niezależnie od tego, czy mówimy o gosposi Mafaldzie, czy przyjaciółce Elio – Marzi, ma jasno określone miejsce i czas w fabule. Nie wspominam o tym bez przyczyny, ponieważ na szczególną uwagę zasługuje w tym przypadku postać ojca Elio – profesora Perlmana. Jego monolog w jednej ze scen finałowych jest poruszający i mocny. Myślę sobie, że gdyby każdy z rodziców miał takie podejście do swoich dzieci i ich dorastania, świat byłby dużo lepszy. W jego słowach jest nie tylko ojcowska miłość czy zrozumienie, ale też nie stroni on od pokazania swojemu synowi, że nie zawsze życie układa się tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Owszem, bardzo to brutalne, ale nie można powiedzieć, że odrealnione.

Wydawać by się mogło, że najnowszy film Guadagnino jest gdzieś poza naszą rzeczywistością. Fakt, że jego akcja rozgrywa się w latach osiemdziesiątych, nie sprawia jednak, że traci on na aktualności. Jest wręcz wprost przeciwnie. Problem seksualności, tożsamości płciowej czy wreszcie – znalezienie własnego „ja”, chyba nigdy wcześniej nie był bardziej aktualny, niż ma to miejsce obecnie. Z tego też powodu uważam, że jego szanse na zdobycie Oscara są bardzo duże. Co jest o tyle ciekawe, że w żaden sposób nie jest to film stworzony „pod Akademię”. Call me by your name, jest bowiem dokładnie takie, jakie być powinno: Nasycone niewymuszoną cielesnością, piękne wizualnie jak również okraszone doskonałą muzyką.

Chciałam jeszcze tylko powiedzieć, żebyście wzięli ze sobą chusteczki do kina. Przydadzą się.

A po seansie, jak już wrócicie do domu, zapalcie sobie świeczki, nalejcie dobrego (najlepiej włoskiego!) wina i włączcie nastrojową muzykę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!