Oscarowe #4 – Brooklyn

Przyznam szczerze, że na tę produkcję czekałam bardzo długo. Nie do końca wiedziałam czego się po „Brooklynie” mogę spodziewać, aczkolwiek trailery wyglądały zachęcająco. W końcu jednak udało mi się zobaczyć film i powiem Wam jedno – nie żałuję ani jednej minuty spędzonej na tym filmie. Z racji tego, że Brooklyn jest nominowany do Oscara i to w aż trzech kategoriach, dobrze było by wiedzieć, co to za kategorie. Nominacje do Oscara, które zostały przyznane filmowi to: najlepszy film, najlepsza aktorka pierwszoplanowa oraz najlepszy scenariusz adaptowany. Jeśli chodzi o tę ostatnią kategorię, nie jestem w stanie stwierdzić, czy film jest dobrą adaptacją, czy też nie, ponieważ nie czytałam książki. Jeśli zaś chodzi o dwie pozostałe nominacje, to powiem jedynie tyle, że w moim mniemaniu ma spore szanse, przynajmniej jeśli chodzi o jedną z nich.

Skoro już wiemy, za co film jest nominowany do statuetki, nakreślmy nieco jego fabułę. Tutaj niestety spotkało mnie rozczarowanie. Brooklyn jest bowiem niczym innym, jak opowieścią, którą w dużym skrócie można spokojnie zamknąć w stwierdzeniu „American Dream”. Nie oznacza to jednak, że historia ta jest zła. Ja po prostu oczekiwałam od niej nieco więcej i jedynie na tym polu spotkał mnie zawód. Ale skoro już jesteśmy przy fabule, to dobrze będzie powiedzieć kilka słów o tym, o czym Brooklyn opowiada.

To, co niewątpliwie jest w stanie ująć widza, to…Irlandia. Film bowiem zaczyna się właśnie tam. Mamy dwie córki – starszą i młodszą, które mieszkają wraz ze swoją matką w niewielkim, Irlandzkim miasteczku. Starsza pracuje jako księgowa w małym miasteczku, młodsza – dorabia w sklepie w weekendy. Nasze bohaterki poznajemy w momencie, kiedy Eilis – młodsza z córek, szykuje się do wyjazdu do Ameryki, który w porozumieniu z księdzem, załatwiła jej starsza siostra. Jest to nie lada wydarzenie, ponieważ musimy wiedzieć, że wszystko ma miejsce na przełomie lat pięćdziesiątych XX w. W zasadzie do tego momentu, film nie jest jakoś szczególnie porywający. Twórcy jednak postanowili, że jak na porządny melodramat przystało, musi być i porządny zwrot akcji. Tak też się dzieje. Eilis dostaje bowiem informację o śmierci jednej z bliskich jej osób i decyduje się na podróż do domu rodzinnego. Problem polega jednak na tym, ze w tym samym czasie Eilis nie tylko zdążyła poukładać sobie życie i spotkać całkiem przystojnego, włoskiego imigranta o imieniu Tony, ale też zaczęła widzieć szansę na lepsze życie. Co dzieje się dalej, nie będę za bardzo zdradzała.

116137_original
Trzeba przyznać, że film jest bardzo dobrze nakręcony. Kadry są naprawdę cudowne!

Film jednak porusza te z inną, nie mniej istotną kwestię. Oto bowiem mamy postać, którą naprawdę da się lubić, ale której los w przedstawionej historii wcale nie jest taki łatwy. Grana przez Saoirse Ronan Eilis, nie tylko bowiem ma przed sobą dylemat związany z pozostaniem w domu rodzinnym. Znacznie istotniejszą kwestią bowiem są jej marzenia oraz to, czy zdecyduje się ona podążyć za nimi a tym samym – dać sobie szansę na rozwój. Musimy bowiem pamiętać o tym, że wyjechała ona do Ameryki nie tylko za przysłowiowym chlebem, ale także w poszukiwaniu dla siebie lepszego życia, na które nie miała szansy jeśli nie zdecydowałaby się na wyjazd.

To, co też bardzo uderza w widza, to różnego rodzaju manipulacje oraz próby ustawienia życia Eilis w zasadzie nie pytając jej o zdanie. Kiedy wraca, okazuje się, że każdy z jej bliskich ma dla niej plan, wydawać by się mogło, najlepszy z możliwych. Pozostaje jednak pytanie, czy ów plan jest najlepszy według samej zainteresowanej.

brooklyn.jpg
Scena, która w pewien sposób zwiastuje widzowi przemianę bohaterki.

Jak zatem widzicie, American Dream to jedna kwestia, która w filmie została poruszona. Drugą i, w mojej opinii znacznie istotniejszą, jest właśnie stawanie przed różnego rodzaju wyborami, niekoniecznie łatwymi ale też mierzenie się z rzeczywistością i próba odnalezienia w tym wszystkim własnej osobowości. Nasza główna bohaterka jest bowiem nie tylko bardzo sympatyczną postacią ale i jej przemiana, która mamy okazję w filmie obserwować, jest bardzo, ale to bardzo duża. Film jest dodatkowo prowadzony w taki sposób, ze niemalże my, jako widzowie, stajemy się świadkami tej przemiany, a co więcej – kibicujemy samej Eilis.

Odejdźmy jednak na chwilę od ogólnego wydźwięku filmu, i skupmy się na grze aktorskiej, która w przeciwieństwie do „Dziewczyny z portretu” (tak jakoś mi się to skojarzenie nasunęło) tutaj jest naprawdę dobra. W zasadzie każda postać – niezależnie od tego czy pierwszo- czy drugoplanowa, jest JAKAŚ. W obrazie reżyserowanym przez Johna Crowleya III ( swoją drogą, to ten sam człowiek od True Detective) każda postać ma swoją określoną rolę i idealnie ją spełnia. Nie możemy zatem powiedzieć, że Eilis, czy Tony są nijacy, bądź też niepotrzebni. Pod względem reżyserii, obraz Crowleya jest w zasadzie idealny, choć trzeba przyznać, że jest to ideał szyty ewidentnie pod gusta jury Oscarowego.

Brody-Art-House-Lies-of-Brooklyn-1200.jpg
A tu już Eilis po przemianie. Taka śliczna!

Zastanawiałam się, dlaczego, mimo całej swojej akademickości, film jednak mi się podobał? Ciężko było mi znaleźć odpowiedź na to pytanie, ale chyba już wiem. Niewątpliwą zaletą „Brooklynu” jest bez wątpienia muzyka, która spełnia tutaj dwojaką rolę. Przede wszystkim jest katalizatorem emocji w widzu. Nie miałam okazji zrobić eksperymentu, który polegałby na wyciszeniu muzyki i zostawieniu jedynie samych dialogów, aczkolwiek jestem skłonna przypuszczać, że bez muzyki nie osiągnięto by takiego efektu. To jednak tylko jedna z funkcji, jakie muzyka pełni w filmie. Bez wątpienia drugą z nich jest to, że muzyka opowiada historię czyli jest ni mniej ni więcej, a narratorem. Przyznam się szczerze, że uwielbiam produkcje, które opowiadają nam historie za pomocą różnych środków wyrazu – a dokładnie tak jest w przypadku „Brooklynu”.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałabym powiedzieć w kontekście filmu, a mianowicie jest to Irlandia. Film w bardzo piękny i jednocześnie delikatny sposób pokazuje to, jaka Irlandia jest naprawdę. Nie ma w tym też nic zdumiewającego, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że reżyser filmu jest z pochodzenia właśnie Irlandczykiem. Wiem, że cykl Oscarowe zazwyczaj pisany jest bezspoilerowo, ale niestety – muszę. W filmie jest jedna, przepiękna scena w której widzimy swoisty hołd dla Irlandii. Mowa tu o scenie w przytułku dla bezdomnych, będących w 90% Irlandczykami, kiedy to jeden z nich zaczyna śpiewać. Ta scena, mimo że pozbawiona przysłowiowych fajerwerków, wzbudza w widzu emocje, których nierzadko nie udaje się filmom wykrzesać przez cały czas ich trwania. Tak, jak z reguły nie płaczę na filmach a już szczególnie nie w kinie, tak muszę przyznać, że pieśń bezdomnego Irlandczyka okazała się absolutną wirtuozerią – zarówno pod względem wokalnym jak i emocjonalnym. Myślę też, że ta scena mogłaby spokojnie uchodzić za kwintesencje obrazu Crowleya, jeśli chodzi o sferę emocjonalną.

68f33ec19889a1083968c0969b9fabc7 (1).jpg
Eilis nadal piękna.Ta sukienka!

Oczywiście podobnych scen w filmie jest bardzo dużo. W zasadzie cały film opiera się na emocjach – czy to tych, które towarzyszą naszej głównej bohaterce, czy też jej bliskim. Film też w doskonały sposób obrazuje relacje między ludźmi – nie tylko w rozumieniu rodziny, ale też osób, z którymi współdzielimy mieszkanie czy kajutę na statku. Reżyser starał się nam pokazać, poza oczywistym przesłaniem, które mówi o spełnianiu swoich marzeń, że tak naprawdę czasem zwyczajnie umykają nam rzeczy ważne, a prawda nie zawsze jest wygodna. Zwrócił też jednak uwagę na to, że nie należy się jej bać i czasem wystarczy jedynie powiedzieć coś na głos, by przestać się tego bać, bądź też – ukrywać. Sądzę, że jeśli chodzi o ogólny odbiór filmu, to jest to z pewnością lepszy obraz, niż wspomniana już przeze mnie „Dziewczyna z portretu”. Nie będę jednak mówiła, czy mu kibicuję, czy też nie, ponieważ, jak podkreślam w każdym odcinku cyklu, nie widziałam wszystkich filmów i (biorąc pod uwagę fakt, że część z nich ma premierę PO rozdaniu nagród) pewnie nie prędko je zobaczę. Myślę jednak, że „Brooklyn” może wprowadzić swoistą świeżość do światowej kinematografii – nie tylko jeśli chodzi o sposób ukazywania historii, ale także jej wydźwięk. Reżyser pokazał nam bowiem aż w nazbyt dobitny sposób, że historia wcale nie musi być oryginalna. Ważne jest jednak to, jakich środków użyjemy, by ją opowiedzieć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!