Bodo w TVP czyli co poszło nie tak

Ostatni tak zwany długi weekend, upłynął mi na niemalże binge watchu serialu, który był emitowany przez TVP a mianowicie – Bodo. Zasadniczo cały czas miałam ten serial gdzieś z tyłu głowy, ale nie za bardzo miałam czas i chęci, żeby do niego usiąść. W końcu deszcz i ogólnie pogoda, która niekoniecznie sprzyjała spacerom, skłoniły mnie do włączenia pierwszego odcinka. A, że serial ogląda się lepiej z kimś, to w towarzystwie mojej siostry zaczęłyśmy jego systematyczne pochłanianie.

Zacznijmy jednak od początku. Z dwudziestoleciem międzywojennym, a to jest czas, w którym w dużej mierze dzieje się akcja serialu, miałam do tej pory niewiele wspólnego. Nie zmienia to jednak faktu, że dużym sentymentem darzę tę właśnie epokę. Z historią zawsze byłam nieco na bakier, ale miałam swoje ukochane epoki, o których mogłabym czytać, czytać i czytać. Dwudziestolecie międzywojenne jest jedną z nich. O samym Bodo czy też Eugeniuszu Bogdanie Juno, nie wiedziałam do tej pory za wiele. Jedynie to, że artystą wielkim on był i w zasadzie do dziś nie do końca wiadomo, jak i gdzie zmarł. No i, że jest autorem takich szlagierów, jak chociażby Seksapil, Aaa, kotki dwa czy Umówiłem się z nią na dziewiątą. To piosenki, które bardzo często śpiewał mi dziadek. Poza tym – niewiele mówiła mi sama postać.

TVP miało na serial pomysł a to już dużo. Jednakże od pomysłu do wykonania jest jeszcze długa droga i nie zawsze dobry pomysł równa się genialnej produkcji. Niestety, tak też było w tym przypadku, choć nie zaprzeczam, że tragedii znowu wielkiej nie było. Przede wszystkim, musimy zacząć od obsady. To, co najbardziej mi przeszkadzało w tak zwanej „pierwszej części” serialu, gdzie mieliśmy styczność z młodym Eugeniuszem Bodo, to obsadzenie w tej roli Antoniego Królikowskiego. Raz, że mało on do Bodo podobny, dwa, że pomiędzy nim a aktorem grającym „dorosłego” Bodo, jest raptem dwa lata różnicy. Pytam zatem – jaki sens? Pytam i chyba nawet znajduję odpowiedź. Na Antoniego Królikowskiego się przyjemnie patrzy. Ładny to mężczyzna, może przyciągać wzrok. A skoro przyciąga wzrok, to może i widzów. W dużej mierze, tak zapewne się stało. Jednakże nadal uważam, że zabieg ten był w moim odczuciu bezcelowy. Co więcej – poszperałam sobie trochę tu i tam i odnalazłam kilka informacji, które w jasny sposób mówią, że o samym w sobie dzieciństwie Bodo wiemy niewiele.

Tym samym, zastanawiam się, na ile autentyczne są postaci Ady i Hansa, które stanowiły niejako osnowę całej historii. Szczególnie wątek miłości Eugeniusza do Ady. Przyznaję, że nie zagłębiałam się w biografię artysty jakoś szczególnie mocno, natomiast, nie zalazłam nigdzie jako takiej informacji, czy nawet wzmianki o jakiejkolwiek Adzie. Zakładam zatem i jak mniemam – słusznie – że jest to postać fikcyjna. Dlaczego zatem twórcy budują całą historię na niespełnionej bądź co bądź miłości Bodo do jakiejś tam Ady? Mało mieli wątków? Szukam jakiegokolwiek wytłumaczenia dla takiego właśnie zabiegu i nie znajduję niczego, poza tym, że Ada i Bodo a tym samym ich uczucie, miały stanowić tak zwaną „dramę” która przyciągnie widzów. Cóż, średnio udane posunięcie, ale niech tam.

To, co też mnie nieco raziło w serialu, to właśnie takie trochę na siłę konstruowanie historii młodego Eugeniusza. W moim odczuciu – trochę bez sensu, bo skoro nie wiele o niej wiemy, a serial w założeniu swym ma być biograficzny, to po co wymyślać? Nie można by na przykład zrobić kilku ładnych obrazków i tylko nakreślić to, co jest dla naszego bohatera istotne, a resztę zwyczajnie pominąć? W zupełności by to wystarczyło i nie byłoby konieczności dopisywania takich czy innych wątków, których autentyczność jest bardzo wątpliwa. Wszak materiału, na którym można byłoby tworzyć historię było całkiem sporo. To mnie trochę właśnie boli i pisała też o tym Zwierz – dlaczego zawsze wszystko musi być od początku do końca? Jeśli historia jest dobra, to będzie się broniła, niezależnie od tego, w kto rym momencie zaczniemy ją opowiadać.

To, co też bardzo ale to bardzo mnie wkurzało w całej produkcji, to taka stereotypowość. Dlaczego najlepszymi przyjaciółmi naszego głównego bohatera, byli Niemiec i Żyd? I dlaczego ich historie są tak do bólu sztampowe. Niemiec wstępuje do SS, Żyd ucieka do USA. A przecież było tyle różnych możliwości, które nawet były w taki czy inny sposób sugerowane. No ale niestety, to nadal serial TVP i historia musi być po naszej stronie. A przynajmniej takie wrażenie odniosłam. Gdyby na przykład Moryc został w Warszawie, to nie, że ja mu źle życzę czy coś. Ale mógłby zostać i dalej szyć. Zapewne zginąłby w czasie Drugiej Wojny Światowej, ale przynajmniej nie byłoby to aż tak do bólu pójście na łatwiznę. Albo Hans – przecież mógł leczyć dalej. Mogła nastąpić w nim jakaś wewnętrzna przemiana czy cokolwiek innego. Wiem, czepiam się. Ale wiem też, że gdyby zamiast trzynastu odcinków, zrobiono ich sześć, i rozpoczęto historię Bodo od początków, tych prawdziwych początków, jego kariery, to byłaby ona znacznie bardziej ciekawa.

Bardzo Wam tu marudzę, wiem. Ale to już chyba koniec mojego narzekania i przechodzimy teraz do rzeczy dobrych. Bo, wbrew pozorom, takie też miały tu miejsce.

Przede wszystkim – Tomasz Schuchardt. Obsadzenie tego właśnie aktora w tytułowej roli, było strzałem w dziesiątkę. Po pierwsze, świetnie zagrana rola. Po drugie – Schuchardt w przeciwieństwie do Królikowskiego, był do Bodo podobny. Oczywiście z pewnością spora tu zasługa charakteryzacji, ale nadal, w myśl znanego porzekadła – z pustego nawet Salomon nie naleje. Schuchardt jest autentyczny w roli Eugeniusza Bodo a do tego, mimo momentami drętwych dialogów i tak nieźle sobie radzi. Poza tym, wszystkie sceny estradowe z jego udziałem, są absolutnie rewelacyjne. Do moich ukochanych, należy ta, w której wraz z Adolfem Dymszą, śpiewają kołysankę „Aaa kotki dwa”. Setnie się na tej scenie uśmiałam, a co więcej – w którymś momencie zaczęłam ziewać.

Skoro już o występach Eugeniusza Bodo mowa, to trzeba przyznać, że mimo iż materiałów archiwalnych nie było tutaj za wiele, w dużej mierze dlatego, że część z nich się zwyczajnie nie zachowała, to te, co się zachowały zostały pokazane. I bardzo dobrze! Dzięki temu, młody widz, który nie miał ani razu okazji obejrzeć jakiegokolwiek filmu emitowanego w ramach cyku TVP „W starym kinie”, miał okazję zobaczyć jak takie filmy wyglądały. Co prawda, prezentowane były tylko ich fragmenty, ale za to jakie! Materiał z piosenką Seksapil – najlepszy! Jednakże mimo całej wspaniałości tych wszystkich materiałów, w serialu było też coś, co mi, delikatnie mówiąc, trochę zgrzytało. W materiałach, aktorzy mówili zamiast „Ł” – „L”, co nie miało miejsca w normalnych dialogach. Ja rozumiem, że język współczesny i tak dalej. Ale gdyby chociaż trochę go „postarzeć” to nikomu włos z głowy by nie spadł, a serial zyskałby na autentyczności.

Na szczególną uwagę zasługuje też sam montaż serialu. Nie powiem, żeby to były jakieś szczególnie wybitne montaże, natomiast w kilku miejscach w całej historii się zdarzyły. I co więcej – ich wdrożenie okazało się znacznie lepszym pomysłem, aniżeli upchnięcie tam miliona dialogów, które opowiadały by wszystko w bardzo dosłowny sposób. Warto zatem zaznaczyć, że cała produkcja miała swoje lepsze momenty i wcale nie było ich tak mało. Zdecydowanie więcej oczywiście, pojawiało się ich wtedy, kiedy Eugeniusz Bodo już był dorosły. Wtedy w moim mniemaniu ten serial dopiero się tak naprawdę zaczął.

To, co jednak bardzo mi przeszkadzało, to te cholerne wstawki, dotyczące aresztowania Eugeniusza Bodo przed NKWD. Dla osób, które tak naprawdę nie wiedziały, co się stało z aktorem i jak właściwie zginął, z pewnością psuły one całą historię. O ileż ciekawsza byłaby ona wtedy, gdyby tych wstawek jednak nie było. Nie zmienia to jednak faktu, że zostały one wplecione całkiem zgrabnie. Tyle, że zupełnie niepotrzebnie.

Cały serial oglądałam niemalże jednym tchem, co w gruncie rzeczy, zaliczam na plus. Nie jest to co prawda produkcja bardzo wybitna czy też wysokich lotów, ale jest dobra i nie ogłupia, jak zdecydowana większość polskich seriali. To nie tak, ze nie rozumiem zakończenia serialu, ale zastanawiam się, po co ten wydumany artyzm, bo tak to chyba trzeba nazwać. Twórcy serialu równie dobrze mogli produkcję zakończyć na scenie z łagru i koniec. Na cholerę wciśnięto tam te tancerki i tę biel? Nie wiem, ale może to właśnie taka artystyczna wizja śmierci? Jeśli tak, to w mojej opinii, jest ona stanowczo zbyt piękna.

Cieszy jednak fakt, że TVP zdecydowało się na pokazanie postaci właśnie Eugeniusza Bodo – artysty cenionego w swojej epoce, aczkolwiek takiego, który byłby w stanie jeszcze bardzo wiele osiągnąć. Jeśli jednak rozpatrywać pod kątem biograficznym całość historii, to, jak już wcześniej wspomniałam, miało się wrażenie, ze najzwyczajniej w świecie, jest za dużo niepotrzebnych wątków. Materiał historyczny i tak był bardzo bogaty, więc serio, było na czym opierać historię. Te fikcyjne wątki nadawały całości nieco sztuczny charakter, ale z drugiej strony zaczynam rozumieć, po co zostały wdrożone. Jeśli jednak chcecie obejrzeć „Bodo”, to śmiało. Czasu na tym nie stracicie, a jest to całkiem przyzwoita, polska produkcja, której jednak nadal daleko do tych brytyjskich, czy chociażby amerykańskich.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!