Blacklist powraca.

22 września miała miejsce premiera drugiego sezonu serialu „The Blacklist”. Przyznam szczerze, że czekałam na niego z niecierpliwością, w dużej mierze ze względu na głównego bohatera – Raymonda Reddingtona. Tej niecierpliwości towarzyszyła też nuta niepokoju o to, czy reżyserowi uda się utrzymać poziom z pierwszego sezonu. Po obejrzeniu pierwszego odcinka drugiej serii wiem jedno – tak jak Batman ma swojego Jokera, tak Raymond ma swojego…No właśnie. 


Początek odcinka – rewelacja. Dobra muzyka, wartka akcja i główny bohater uwięziony w bagażniku samochodu uzbrojonych po zęby żołnierzy. Na to czekałam! Jadą, strzelają, wokoło piękne, rzekomo Kameruńskie, krajobrazy – cud miód i orzeszki. A Raymond Reddington uwięziony w bagażniku. Można z czystym sumieniem powiedzieć, że to właśnie kwintesencja tego serialu – Raymond zawsze ma kłopoty. I zawsze jest na czyimś celowniku. Całość sceny okraszona jest lekką i przyjemną muzyką, która momentami jest wręcz zabawna. Co więcej, dzięki muzyce scena porwania nie jest ani trochę przerażająca –  wręcz przeciwnie – jest śmieszna. 

Raymond oczywiście wykazuje się olbrzymim spokojem i zdaje się absolutnie nie przejmować zaistniałą sytuacją. Siada i zaczyna rozmowę ze swoim rzekomym oprawcą. Tak jak to miało miejsce w poprzednim sezonie, tak i tym razem, stawką są grube miliony i życie Reda. Dla niewtajemniczonych – Raymond ZAWSZE dostaje to, czego chce. Nawet, jeśli do tego celu miałby użyć pocisków hellfire.

Dla jasności – nie mam na celu opowiadania wszystkiego co działo się w pierwszym odcinku. Chciałabym  jednak zwrócić uwagę na kilka rzeczy, moim zdaniem dość istotnych.

Przede wszystkim – Berlin. I wcale nie mam tu na myśli miasta. Berlin już w pierwszym sezonie, został ukazany jako antagonista, jednakże dopiero teraz zaczyna działać aktywnie. Wychodzi z cienia i można śmiało powiedzieć, że jest to wejście smoka. Już od pierwszych scen z jego udziałem, wiemy, że potyczka na linii Red – Berlin nie będzie należała do najprostszych. Berlin jest brutalny, bezwzględny i nie mniej przebiegły niż Raymond. Tego właśnie brakowało w pierwszym sezonie – dobrze wyeksponowanego głównego antybohatera. Przyznam szczerze, że gdyby twórcy serialu nadal kontynuowali tradycję: „Potwór na ten tydzień”, jak to miało miejsce w pierwszym sezonie, to nie wiem, czy nie porzuciłabym Redingtona. Berlin ratuje serię i to bardzo. To postać wyrazista, bardzo dobrze napisana i jeśli użyję tu stwierdzenia, że jest dla Reda tym, kim dla Batmana Joker, to nie będzie przesadą. Nie wiemy nic o jego przeszłości, poza tym, że pragnie zemsty na Reddingtonie i że nic go nie powstrzyma przed wypełnieniem jej. W pierwszym sezonie, miejsce postaci eksponowanej, zamiast Berlina czy Reda, zajęła agentka Elizabeth Keen.
Elizabeth Keen w drugim sezonie jest raczej tłem Raymonda niż czymkolwiek innym. Moim zdaniem –  bardzo dobre posunięcie. Keen jest miałka, nieciekawa i w zasadzie jej rola jest znikoma. To postać, która została stworzona po to, by wprowadzić Reda. Zadanie wykonane, odmaszerować agentko Keen! A tak poważnie – Keen to ładna, zgrabna i ambitna agentka CIA. Nie okłamujmy się – jest przyjemna dla oka, ale to wszystko. Przyznam szczerze, że mniej więcej w połowie pierwszego sezonu, jej postać pomału zaczynała mnie irytować. Po pierwsze swoją naiwnością  w stosunku do męża – oszusta, po drugie taką życiową nieporadnością. Dlatego tym bardziej cieszy mnie zepchnięcie przez reżysera jej postaci na drugi plan. 
Powrót szefa jednostki do której przynależy Elizabeth Keen – Harolda Coopera – to też bardzo dobre posunięcie. To taki trochę ojciec swojej drużyny – postać, której tego typu seriale potrzebują, bo przecież musi być ktoś, kto dowodzi oddziałem. Jeśli chodzi o Harolda, ciekawie jest pokazana jego relacja z Redem. Ciekawie, choć nie odkrywczo dodajmy. Panowie początkowo za sobą nie przepadają, są wobec siebie nieufni a jednak w ostatecznym rozrachunku, zaczynają ze sobą współpracować. Skądś to znamy, prawa? 
I właśnie taki jest „The Blacklist”. Pierwszy odcinek drugiego sezonu tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że mamy tutaj do czynienia z serialem dobrym, choć na pewno nie wybitnym. Wszystkie motywy w nim wykorzystane, są wtórne. Bohaterowie napisani dość szablonowo, stereotypowe działanie, fabuła też bardzo oczywista. To wszystko wydawać by się mogło działać na niekorzyść. I poniekąd trochę tak jest. „The Blacklist” ratują natomiast takie rzeczy, jak chociażby sama osoba aktora wcielającego się w postać Reda – przyznam szczerze, że nie jestem w stanie sobie wyobrazić kogokolwiek innego na tym miejscu. Poza tym, kreacja postaci Redingtona – też niczego sobie – działa zdecydowanie na plus. Jednakże w zestawieniu z całą reszta – odcinek nie jest niczym szczególnym. 
Bycie „niczym szczególnym” nie wyklucza jednak bycia całkiem przyjemnym. „The Blacklist” to serial, który obejrzeć można, jednakże nie uważam, żeby miało mu towarzyszyć jakieś szczególne wyczekiwanie na kolejny odcinek. To raczej coś na zasadzie: ” O, wyszedł nowy odcinek. W sumie – mogę obejrzeć”.  To serial rozrywkowy, ale  pewnością nie wysokich lotów. Dlatego też dużej mierze  mam problem z The Blacklist. Chciałam jakoś mądrze podsumować wpis, dać jakąś ocenę, cokolwiek. A nie mogę. Bo z jednej strony – serial oglądam i nie uważam, żeby była to jakaś szczególna strata czasu a z drugiej – mamy chociażby nowy sezon Doctora Who, który z pewnością jest tysiąc razy lepszym serialem i też nie uważam, żeby oglądanie go było jakąkolwiek strata czasu. Nie wiem, po prosu nie wiem. Może to jest tak, że jako odbiorcy kultury masowej i popularnej, potrzebujemy takich właśnie tworów jak The Blacklist? Być może, jest to zwyczajnie wpisane w nasz „kulturalny jadłospis”? Bo przecież czy zbrodnią jest zjedzenie pączka, który za nic szczególnego nie uchodzi, a jednak smakuje pysznie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!