Czarnym kotom z plakatu fajnie jest w Wakandzie

Wakanda in my heart – dokładnie to krzyknęłam do Mojego Mężczyzny, kiedy wróciłam z seansu Black Panther. Przyznam szczerze, że od dłuższego czasu miałam spory problem z filmami MCU, a to dlatego, że zwyczajnie zaczęły mnie nudzić. Cały czas wydawało mi się, że oglądam tę samą historię, tylko w nieco zmienionym wydaniu. W przypadku Black Panther, nie odczuwałam jako takiej nudy, choć nie oznacza to, że film ten nie jest pozbawiony wad. Zdecydowanie jednak mogę powiedzieć, że wnosi on powiew świeżości do MCU.

To, z czym wiele osób w moim otoczeniu, w tym też trochę i ja, miało problem jeśli chodzi o Black Panther, to ekspozycja. Jest ona jednak mimo wszystko dość długa. Nie nudna, ale jednak zajmuje sporą część filmu. Oczywiście jest to uwarunkowane tym, że w jednym filmie, trzeba było zbudować cały świat przedstawiony praktycznie od zera. W ten sposób też na to patrzyłam, co nie zmienia faktu, że gdyby dobrze nad tym przysiąść, dałoby się nieco skrócić ekspozycję, a tym samym, znaleźć czas ekranowy na innych bohaterów i ich wątki.

Fabuła Black Panther, jest mocno pretekstowa i nie wiem, czy w kontekście całości produkcji mogę to uznać za poważną wadę. Mamy protagonistę, T’Challę, który po śmierci swojego ojca, ma wstąpić na tron i zostać królem Wakandy. Trwają przygotowania do ceremonii i T’Challa rzeczywiście obejmuje tron, kiedy okazuje się, że nie tylko on ma do niego prawo. Na jaw wychodzi sprawa z przeszłości i okazuje się, że o prawo do zasiadania na tronie władcy Wakandy, ubiega się też Erik Killmonger. Zgodnie z obowiązującą etykietą,władca musi stoczyć pojedynek, który rozstrzygnie to, który z nich będzie królem. Teoretycznie, można na tym poprzestać jeśli mowa o omówieniu fabuły. Pojawia się jednak jeszcze jeden problem związany z główną linią fabularną, a jest nim fakt, że poza tym, że Wakanda piękną krainą jest, to jednocześnie jest też krainą wibranium i miodem (?) płynącą. Killmonger, w odróżnieniu od T’Challi, chce wykorzystać wibranium w celu, najogólniej rzecz ujmując, dokonania zagłady świata. Czy coś w ten deseń, wiecie, jak to jest w MCU.

Sami zatem widzicie, że fabuła Black Panther, jest bardzo prosta. Co nie zmienia faktu, że wyraźnie widać w niej odniesienia do wszystkich znanych nam motywów króla i ubiegania się o tron. Dość wspomnieć tutaj chociażby Króla Lwa, z którym miałam bardzo duże skojarzenia czy do klasyki, jaką jest chociażby Hamlet -oczywiście w nieco zmienionej formie. Niemniej jednak, te odwołania – choć bardzo proste – są tutaj wyraźnie widoczne. Mały plusik dla całości produkcji za to.

Niekwestionowaną zaletą Black Panther, jest z całą pewnością to, jak przedstawiona została Wakanda. Cała stylistyka produkcji, to jest istna feeria barw – zarówno jeśli mowa o elementach scenografii, jak i kostiumach. Są one bardzo oryginalne, pomysłowe a przy tym doskonale podkreślają klimat miejsca, w którym rozgrywa się akcja filmu. Na światowej premierze Black Panther, obowiązywał swoisty dres code – aktorzy przywdziali stroje nawiązujące do klimatu produkcji, co było w mojej opinii świetnym posunięciem. Nie zdziwiłoby mnie wcale to, gdyby okazało się, że część z tych stylizacji, to elementy kostiumów z filmu.

Kolejnym bardzo mocnym elementem Black Panther, są bohaterki. O borze białowieski, jakie kobiety w Black Panther są cudowne. Każda jedna! Zasadniczą rolę, odgrywają tutaj 4 postaci: Shuri (czyli siostra T’Challi), Okoye (czyli głównodowodząca przybocznej straży króla, która to straż składa się z samych kobiet), Nakia (czyli loveinteress T’Challi) oraz królowa matka czyli Ramonda. Każda z tych bohaterek ma własny, oryginalny charakter. Każda jest JAKAŚ. Postaci te napisane zostały w taki sposób, aby pokazać siłę kobiety i trochę zerwać ze stereotypem „nieporadnej niewiasty”. Mówiąc kolokwialnie, każda z nich przysłowiowo jest babą z jajami. Poczynając od Shuri, która jest cholernym geniuszem technologicznym i nie ma rzeczy, której nie byłaby w stanie wymyślić, czy ulepszyć. Ma ona własne laboratorium i tak naprawdę jest naukowcem. Tak, kobieta naukowiec, to coś, co zdecydowanie lubimy w filmach. Zwłaszcza w takiej formie, w jakiej zostało to pokazane w Black Panther. Okoye z kolei, to uosobienie waleczności, oddania ale też mocnego charakteru. Okoye jest wierna swoim przekonaniom, co nie zawsze przedkłada się na korzyść dla naszego protagonisty. Niemniej jednak, widz bez najmniejszego problemu jest w stanie tę postać zrozumieć i wczuć się w jej sytuacje. Motywacje, które nią kierują, są w pełni spójne z tym, jak wykreowana została postać. Nakia, która w mojej opinii wypada dość blado na tle pozostałych trzech bohaterek, także ma w Black Panther bardzo duże znaczenie. Okej, ona jest nieco bardziej „delikatna”, ale umówmy się, gdyby nie zrobiła kilku rzeczy w filmie, cała akcja odzyskania tronu nie miała by szans na powodzenie. Należy jednak cały czas mieć na względzie, że głównym motorem, który napędza tę bohaterkę do działania, jest uczucie, jakim darzy T’Challę. Co nie oznacza, że nie potrafi sobie poradzić bez niego. No i wreszcie Ramonda, czyli królowa matka. Mimo iż postać ta nie ma jakoś specjalnie dużo czasu ekranowego, to jednak nie możemy powiedzieć, że nie ma ona znaczenia. Wprost przeciwnie – jest uosobieniem tego, co siedzi głęboko w czarnym serduszku naszego protagonisty. Ona też stoi na straży swojego ludu i robi wszystko, aby ocalić go przed upadkiem. I ponownie – wcale nie potrzebuje do tego celu mężczyzny u swojego boku. Generalnie, będą mega szczęśliwa, jeśli za czas jakiś, pojawią się np. lalki Barbie wzorowane na postaciach kobiecych z Black Panther. I przysięgam, że byłabym skłonna nawet sobie taką kupić. A gdybym miała wybrać jedną, to z pewnością byłaby to Shuri.

Co do głównych bohaterów, którzy ścierają się ze sobą, czyli T’Challi i Killmongera, to sprawa się nieco komplikuje. Pierwszy raz mam bowiem poczucie, że znacznie bardziej przekonujący jest dla mnie nie protagonista, a antagonista. Wynika to z całą pewnością z faktu,że motywacje antagonisty, są dla mnie dużo bardziej wiarygodne, niż te, którymi kieruje się T’Challa. I żeby nie było, ja wiem, że to, co zamierza zrobić Killmonger jest złe. Wiem, ale nadal, gdybym była w jego sytuacji, z pewnością zachowałabym się podobnie, jeśli nie tak samo. Myślę też, że obsadzenie w roli Kilmongera Micheala B.Jordana, było strzałem w dziesiątkę. Nie sztuką jest bowiem zagrać antagonistę. Sztuką jest zagrać go wiarygodnie i dobrze, a ta sztuka Jordanowi się tutaj w stu procentach udała. I tak, mam niedosyt. Za mało czasu ekranowego dla antagonisty, to kolejny problem, jaki mam jeśli chodzi o Black Panther.

Problem ten rzutuje też na to, jak w ostatecznym rozrachunku przedstawia się sam T’Challa. W mojej ocenie, jest on…Za mało wyrazisty. Znaczy okej, on jest dobry, postać jest dobrze zagrana i absolutnie nie czepiam się tutaj Chadwicka Bosemana. Bardziej chciałabym zwrócić uwagę na to, że w zestawieniu z tak silnymi i charyzmatycznymi postaciami, T’Challa wypada nijako. Ot, protagonista. Po prostu. To też spory problem w kontekście całości produkcji, ponieważ wydaje mi się, że głównym celem tego typu produkcji powinno być to, że z automatu stajemy po stronie „tych dobrych”. Tutaj, nie jest to takie oczywiste. Może spłonę na stosie, za to co teraz napiszę, ale wydaje mi się, że postać T’Challi jest jedną z najbardziej nijakich w całej produkcji.

Black Panther ma jeszcze coś, wobec czego nie mogę przejść obojętnie i nie pochwalić, a mowa o muzyce. Klimatyczna, bardzo dobrze napisana, jest wisienką na torcie, jeśli chodzi o dopełnienie wyglądu produkcji. Serio, w mojej ocenie, to jeden z lepszych soudtracków Marvelowskich w ogóle.

To, o co zawsze się czepiam w przypadku MCU, nie zmienia się w magiczny sposób w przypadku Black Panther. Chodzi tu oczywiście o CGI. Ono w każdym jednym filmie Marvela jest co najmniej średnie. A te filmy nie cierpią przecież na bark budżetu, chyba, że się mylę? Naprawdę odrobinę więcej pracy w CGI i będę szczęśliwa. Nie jest źle, to nie tak. Ale mogłoby być zdecydowanie lepiej.

Podobnie, jest w przypadku choreografii walk. Nie jest to cudo, umówmy się. Jak dla mnie, to panuje tam za duży chaos, a zabiegi, które reżyser chciał tam zastosować, po prostu nie wyszły. Pomijam już fakt, że tych walk trochę jednak w całym filmie jest i w zasadzie żadna z nich nie zrobiła na mnie jakiegoś ogromnego wrażenia. Chcąc nie chcąc, muszę to zaliczyć na minus. Co prawda w minimalnym stopniu wynagradza mi ten brak, jeden z pościgów samochodowych (i praktycznie jedyny w całym filmie) ale to wciąż jest dla mnie za mało, jak na film akcji. A za taki przecież Black Panther uchodzi.

Reasumując, nie jest źle. Bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście. Liczyłam na troszkę więcej funu, troszkę więcej akcji czy widowiskowych walk. Dostałam prześwietne bohaterki, super świat przedstawiony i kostiumy takie, że klękajcie narody. No i porządną grę aktorską, bo to praktycznie sama śmietanka, jeśli chodzi o czarnoskórych aktorów. Nie będę za bardzo wchodziła w kontekst rasowy wydźwięk polityczny całego filmu, bo nie o to tutaj chodzi. Jest nieźle, po prostu. Myślę, że dla samych postaci kobiecych czy kolorów, jakimi okraszony jest film, warto się wybrać do kina. Nie będzie to z pewnością czas stracony. No i koniecznie, ale to koniecznie zostańcie do scen (aż dwóch!) po napisach. KONIECZNIE.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!