Nie będzie binge watch pluł nam w twarz, seriali nam narzucał

Seriale, szczególnie jesienią, to nieodłączny element egzystencji każdego pożeracza kultury. Podobnie, jak książki czy filmy. Różnica jednak polega na tym, że film zwykle trwa dwie godziny, a książkę zwykle czyta się kilka dni, oczywiście w zależności od tego, jak dużo czasu mamy. Z serialami jest trochę inaczej. Mamy tu dwie możliwości: albo jesteśmy na bieżąco i oglądamy odcinek po odcinku w momencie, kiedy wychodzi, albo też, uprawiamy binge watch w momencie premiery, jeśli dla przykładu stacja wypuszcza cały sezon hurtem. Ale wiecie co? Zdradzę wam sekret: to nie jest przymus. Do binge watch nikt nie jest w stanie was przymusić. Świat nie zginie jeśli nie obejrzycie serialu w momencie premiery. Lasy nie spłoną.

Dlaczego o tym piszę? W jednym z komentarzy pod poprzednim wpisem, zarzucono mi, że mam szybkość Internet Explorera i, że przecież Defendersi „to już staroć i wszyscy to widzieli”. No, widocznie nie wszyscy, skoro na fp nadal słyszę głosy osób, które tej produkcji nie znają i właśnie z myślą o nich powstał wpis. Komentarz jednak stał się punktem zapalnym do napisania tego wpisu.

Przede wszystkim, wyjaśnijmy sobie jedno: pracuję na etacie, oprócz tego robię mnóstwo innych rzeczy i nie zawsze mam czas czy ochotę na oglądanie serialu. Dla mnie taka forma rozrywki ma być w pierwszej kolejności przyjemnością, nie zaś czymś, co jest mi z góry narzucone. Nie prowadzę serwisu informacyjnego, czy portalu, na którym zawsze i codziennie muszą ukazywać się nowości. Piszę bloga bo chcę, piszę o tym, o czym chcę, dlatego też, jeśli nie czuję potrzeby binge watch serialu, to tego po prostu nie robię. Co więcej, pisanie o rzeczach zaraz po premierze, może i ma swój sens, ale z drugiej strony, zupełnie nie daje (przynajmniej mi) szansy na skrupulatne przemyślenie tematu. Jedyne co słyszę wtedy w mojej głowie to „musisz, szybko, teraz, bądź pierwsza” itp. Na mnie jako twórcę, nie działa to dobrze. Blog nie jest etatem, a przyjemnością.

Po drugie, wiem sama po sobie, że czytanie wpisów na długo po premierze jest jedną z przyjemniejszych rzeczy, jakie mogę sobie zafundować. Po pierwsze, cały feed facebooka nie krzyczy mi o tylko i wyłącznie o jednej rzeczy czy jednej produkcji. Po drugie, mam wybór – mogę poznać inne spojrzenie, bardziej dokładne czy nawet spoilerowe. Tak, spoilery mi nie straszne, nie boję się ich. Może to dlatego, że nie oglądam GoT albo może dlatego, że po prostu mam tak bardzo w nosie fabułę i bardziej jednak interesują mnie aspekty techniczne danej produkcji. Okej, nie mam w nosie fabuły, ale jeśli ktoś mi np. powie, że taka czy inna postać zginie w tym i w tym odcinku, to w sumie nie dzieje się nic strasznego. Mój świat się przez to nie zawali, podejrzewam, że Wasz też nie.

Może to, co teraz napiszę, będzie herezją, a może nie, ale mnie binge watch męczy. Nawet jeśli serial jest świetny, to jednak obejrzenie hurtem 12 czy nawet 10 odcinków, jest ponad moje siły. Raz, że po którymś tam odcinku, zaczynają boleć mnie oczy. Druga sprawa, to kwestia skupienia uwagi na tym, co aktualnie oglądam. Oglądając wszystko hurtem, czasem mogę pomylić wątki, zapomnieć o czymś. Kiedy dawkuję sobie serial, jest mi prościej odnaleźć się w jego fabule, bo wiem, na czym skończyłam. To trochę jak z książką i zakładką do książki czy też znacznikiem w ebooku. Czytacie do pewnego momentu, potem mówicie dość, a następnego dnia wracacie do historii i dokładnie wiecie co się działo. U mnie oglądanie seriali działa dokładnie w ten sposób.

Kolejna kwestia to znowu poniekąd kwestia wyboru. Nie zawsze mamy czas i ochotę na ten jeden, konkretny serial, który akurat ma premierę. Co z tego, że ma, skoro inny serial, miał ją już dawno i to właśnie jego chciałabym obejrzeć. Premiery seriali, szczególnie tych, które wychodzą hurtem, w pewien sposób wymuszają na nas konieczność ich oglądania. To zabieg bardzo świadomy i celowy, niemniej jednak nie powinniśmy się mu poddać. Na takim biernym poddawaniu się premierom, zarabiają przede wszystkim stacje telewizyjne i to dużo szybciej, niż jeślibyśmy oglądali serial odcinek po odcinku. To całkiem logiczne, więc tak naprawdę dlaczego mamy się na to godzić? Jasne, jeśli mamy ochotę na binge watch – okej, nie widzę problemu. Ale oglądanie czegoś, tylko dlatego, że właśnie miało premierę, jest dla mnie kompletnie bez sensu.

Żeby jednak była jasność, to nie tak, że ja się totalnie nie interesuję tym, co aktualnie „wychodzi”. Wiem mniej więcej, który serial kiedy ma premierę. I pewnie prędzej czy później go obejrzę. Ale po pierwsze, nikt mnie do tego w żaden sposób nie zmusi, a po drugie – będę czerpała przyjemność z oglądania serialu, nie zaś zmęczenie. W pochłanianiu popkultury, przynajmniej moim zdaniem, chodzi przede wszystkim o to, aby dobrze się bawić. Aby to, co oglądamy było dla nas wartością dodaną. Czy to będzie ciekawa książka, czy film albo też serial. Tylko niech to będzie nasza, autonomiczna decyzja, a nie coś, co robimy, bo „przecież trzeba” „bo miało premierę”, „bo inni już to widzieli, więc ja też muszę”. Takim myśleniem, bardzo szybko zapędzicie się w kozi róg. I ciężko będzie wam z niego wyjść.

Odpowiedz na „Zielona MałpaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!