Barry Seal czyli wykastrowany Wilk z Wall Street

Barry Seal: Król przemytu, to nie był wyczekiwany przeze mnie film. W najmniejszym stopniu mnie on nie obchodził. Myślałam sobie: ot kolejny, średniej jakości, film z Tomem Cruisem w roli głównej. Po pierwsze – nie przepadam za Tomem. Po drugie – trailery może i były zabawne, ale jakoś nie spodziewałam się po tej produkcji filmu, na którym mogłabym zrywać boki ze śmiechu. Albo chociażby zaśmiać się pod nosem. Tymczasem, okazało się, że bardzo się pomyliłam w swojej ocenie. Barry Seal okazał się być może nie tyle filmem wybitnym, co po prostu kawałkiem porządnego, rozrywkowego, kina akcji. W sam raz, na zakończenie wakacji.

Historia jest oparta na prawdziwych wydarzeniach, ale według tego, co zdążyłam się dowiedzieć na temat postaci Barrego Seal’a, została ona mocno pozmieniana. Nie mam o to pretensji, bo w żadnym momencie nie zostało powiedziane, że jest to film biograficzny, czy historyczny. Przyczynkiem do jego nakręcenia było to, czym faktycznie zajmował się nasz główny bohater, zaś to, jak została poprowadzona fabuła, to już zupełnie ina bajka. Oczywiście mamy pewne elementy spójne dla obu historii, ale jest ich stosunkowo niewiele. W żaden sposób nie działa to jednak na niekorzyść filmu.

Barrego Seal’a poznajemy w momencie, kiedy jest on pilotem TWA. Dodajmy – najmłodszym, najzdolniejszym i w ogóle naj. W pewnym momencie, na jego drodze pojawia się agent CIA – Monty Shafer. W jego rolę wciela się nie kto iny, jak sam Domhnall Gleeson. Składa on Barremu propozycję nie do odrzucenia, zaznaczmy, że bardzo intratną. To jest jednak dopiero początek drogi naszego bohatera do stania się milionerem. Praca dla CIA, jest bowiem „pikusiem” w porównaniu z tym, czym Barry Seal zajmuje się później. Cytując panią prokurator, występującą w trailerze: guns, drugs, money laundring. To w bardzo dużym skrócie opis tego, czym faktycznie zajmował się Barry Seal. I z czego miał olbrzymie pieniądze. Warto w całej historii podkreślić, że pracował on w dużej mierze nie dla CIA, ale dla samego Pablo Escobara. A w zasadzie to jednocześnie pracował i dla niego i dla CIA. Nieźle, jak dla mnie, naprawdę nieźle. To, że ogarniał wszystko tak, żeby ani jedna strona się nie połapała ani druga, to jest geniusz.

Sam film, pod względem technicznym też nie pozostawia wiele do życzenia. Montaż jest dynamiczny, adekwatny do prezentowanej historii. Jako, że dzieje się ona na przełomie lat 70 i 80 dwudziestego wieku, mamy też zastosowane odpowiednie filtry. Kostiumy, realia – to wszystko zostało doskonale oddane w filmie. No i muzyka, która choć może nie należała do wybitnych, całkiem nieźle wpisywała się w klimat filmu.

Sama gra aktorska okazała się dla mnie naprawdę sporym zaskoczeniem. Cruise bawił się rolą, co wyszło mu tylko na dobre. Dzięki takiemu „luźnemu” podejściu, dostaliśmy postać autentyczną, zabawną i kompatybilną ze stylistyką filmu. Charakter Barrego, przynajmniej na tyle, na ile można było go określić po projekcji, bardzo współgrał z tym, w jakiej historii został on osadzony. Podobnie rzecz się ma, jeśli chodzi o Gleesona. Pomijam już fakt świetnego castingu, bo Domhnall pasował mi do takiego „agenta – cwaniaczka” jak nikt inny. Chemia pomiędzy Sealem a Shaferem, była naprawdę niezła. Dobre, wartkie dialogi, doskonale podkreślały charakter tej relacji, w której to Shafer dyktował warunki, a Barry – chcąc nie chcąc – skwapliwie na nie przystawał. Oczywiście wszystko wiązało się z korzyściami dla naszego głównego bohatera, ale też zadania, które mu powierzano były naprawdę trudne.

Poza tymi dwoma postaciami, niestety trudno się doszukać innych, które chociażby w minimalnym stopniu byłyby jakieś. No, może poza epizodyczną rolą JB. Ta postać byłą tak bardzo irytująca, tak strasznie zła, że bardziej się chyba nie dało. I też, co trzeba przyznać, bardzo dobrze ucharakteryzowana – zarówno pod względem kostiumów, jak i samego wyglądu aktora.

Żałuję jednak, że totalnie, ale to totalnie nie obchodziła mnie postać żony Barrego Seala, a powinna przecież! Tak naprawdę, to właśnie Lucy ( w której rolę wcieliła się Sarah Wright – kimkolwiek ona jest, bo nie kojarzę aktorki zupełnie), przeżywała największy dramat, jeśli chodzi o sytuację życiową w której się znalazła. Okej, jej mąż zarabiał miliardy, wiodła w pewnym momencie bardzo wygodne życie, ale jakim kosztem. Niestety, poza kilkoma, dość słabymi kwestiami, nie dano jej pokazać całego spektrum emocji. W przypadku tej postaci, nie dostaliśmy żadnej psychologii, a co za tym idzie, Lucy (przynajmniej dla mnie) była niewiele znaczącym dodatkiem do postaci Barrego Seala.

Sam Bary Seal, też nie został jakoś super mocno nakreślony pod względem charakteru. Twórcy w dużej mierze skupili się na tym, aby pokazać to, czym dokładnie się zajmował, a nie tym, jak to wszystko wpływało na jego życie. Trochę szkoda, ale z drugiej strony, gdyby faktycznie zastosowano taki zabieg, mógłby z tego filmu wyjść nie całkiem przyjemny akcyjniak, a dość ciężki dramat. Z tych dwóch opcji, mimo wszystko bardziej pasuje mi ta pierwsza.

To, co jednak wyszło rewelacyjnie, to klimat. Co z tego, że w zasadzie nie dostaliśmy żadnego konkretnego wstępu do danych akcji. Ot, nasz bohater nagle znajdował się w takiej, a nie innej sytuacji i już. Nie przeszkadzał mi taki sposób narracji, zwłaszcza, że w pewien sposób była ona uzasadniona.

Dlaczego zatem porównuję Barrego Seala do Wilka z Wall Street i dlaczego uważam, że to wykastrowany wilk? Przyczyna jest bardzo prosta. Mamy tutaj wiele punktów wspólnych dla obu produkcji – chociażby sam motyw „od zera do milionera”. Sam sposób pozyskiwania pieniędzy przez Barrego, także może budzić pewne kontrowersje. W sumie żona blondynka, to też spora analogia, chociaż Sarah Wright, to pięt nie dorasta Margot Robbie i temu, jak zagrała ona w „Wilku”. Właśnie zasadnicza różnica pomiędzy Wilkiem z Wall Street a Barym Sealem, polega na tym, że w tym pierwszym, bardzo dobrze zobrazowano nam zarówno postaci, jak i ich motywację, czego stanowczo zabrakło w produkcji z Tomem Cruisem. Niemniej jednak, idea jest bardzo podobna i ja lubię taki schemat. Co z tego, że jest stary jak świat. Jeśli tylko twórcy dobrze mi go zobrazują, jeśli są w stanie sprawić, że parę razy porządnie się na filmie zaśmieję, to ja poproszę bilet na ten seans.

Myślę sobie, że Barry Seal: Król przemytu, mimo że nie jest filmem wybitnym, jest filmem, który warto zobaczyć. Może nie w kinie, bo przypuszczam, że gdyby nie moje cudowne Unlimited, pewnie w ogóle nie rozważałabym seansu, ale jako film na luźny wieczór, będzie idealny. A jak macie ochotę, albo macie Unlimited, albo po prostu lubicie oglądać filmy w kinie a nie w domu, to spokojnie możecie iść na Barrego Seala. Gwarantuję Wam, że będziecie się dobrze bawić i – co w sumie najważniejsze – ten film was nie zmęczy. Nawet, jeśli nie lubicie Toma Cruisa, bo – o dziwo – nie jest on w swojej roli w żaden sposób irytujący, a to już dużo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!