Szatan za kółkiem

Na samym wstępie chciałabym Was uspokoić – nie, nikt nie dał mi prawa jazdy i póki co się na to nie zanosi. Aczkolwiek, śmiem przypuszczać, że gdybym jednak prawo jazdy miała, to po obejrzeniu Baby Driver mogłabym, zupełnie nie chcący, spowodować nie jeden wypadek, a kilka. Baby Driver, jest bowiem takim filmem, który niezależnie od tego, jakie (i czy w ogóle jakieś) są twoje umiejętności prowadzenia samochodu, daje ci wiarę że jednak potrafisz jeździć. A do tego, jeździsz jak szatan i robisz to dobrze.

W zasadzie ciężko jest mi znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia, od którego mogłabym zacząć recenzję. Z jednej strony – Edgar Wright to reżyser w gruncie rzeczy niszowy i może właśnie od tego powinnam zacząć. Z drugiej, aż palą mnie paluszki, żeby jednak najpierw pozachwycać się muzyką. Albo nie – montażem. Albo dialogami. Już sam ten fakt, jest doskonałym wyznacznikiem tego, że Baby Driver, to film ze wszech miar udany, a śmiem nawet przypuszczać, że bardzo, ale to bardzo udany.

Nie widziałam w zasadzie żadnego innego filmu Wrighta, poza adaptacją komiksu o Scotcie Pilgrimie. Nie można jednak w żaden sposób porównać adaptacji komiksu do tego, jakim filmem jest Baby Driver.  Nie oszukujmy się, Scott Pilgrim, to film dla geeków, którzy dokładnie wiedzą, o czym jest komiks. Stylistyka adaptacji komiksu, której podjął się w 2010 Wright, jest totalnie różna od tego, co miałam okazje zobaczyć wczoraj. A co jest najlepsze – mimo, że tak kompletnie różne są to filmy, oba można uznać za bardzo dobre. To z kolei wniosek, który kieruje nas prosto do stwierdzenia, które każe nam przyznać, że Wright wie, jak robić dobre filmy. Ale to wiemy. Albo przynajmniej ci, co widzieli jakikolwiek film reżysera wiedzą.

Baby Driver, jest bardzo prostą historią. Mamy chłopaka, który w życiu parał się niekoniecznie chlubnymi zajęciami – bo czyż za takie można uznać kradzieże samochodów? Jak nietrudno się domyślić, w końcu powinęła mu się noga i wpadł. Pech chciał, że trafiło na auto przestępcy. Z bardzo dużą kasą w samochodzie. Dodajmy – bardzo drogim samochodzie. Doktor – w tej roli genialny Kevin Sapcey – postanowił się jednak dogadać z chłopakiem i ten, ma spłacać samochód pracując dla niego jako kierowca przy różnego rodzaju napadach. Taki układ, nie do końca odpowiada chłopakowi, ale chcąc nie chcąc, musi na niego przystać. Tuż przed ostatnim „zleceniem” dla Doktorka, po wykonaniu którego Baby spłaci swój dług, chłopak poznaje Debbie – kelnerkę w pobliskiej knajpie. Między tą dwójką, jak nietrudno się domyślić, wywiązuje się uczucie. Biorąc jednak pod uwagę okoliczności i to, czym dokładnie zajmuje się chłopak, możemy śmiało przypuszczać, że to wcale nie będzie taka prosta historia, jak mogłoby się początkowo wydawać.

Nie będę psuła filmu, ale powiem tylko, że jeśli w połowie seansu wyda wam się, że macie pomysł na zakończenie, to nie. Nie macie. Plot twist, wbił mnie w fotel a to znaczy, ze to dobry plot twist był. Nie samą historią jednak stoi Baby Driver. Bądźmy szczerzy, gdyby faktycznie tak było, nie byłby to film, który mogłabym określić mianem choćby dobrego.

To, co zasługuje na oklaski na stojąco, to montaż. Słuchajcie, to co tam zostało zrobione, to jest mistrzostwo świata. To nie jest tak, że oglądana przez nas historia sobie leci na ekranie a my ją śledzimy i dodatkowo nic nam nie zgrzyta. To jest tak, że obraz (CAŁY OBRAZ) który widzimy, wciąga nas bez reszty. Jeśli zdarzy Wam się podskakiwać na fotelu kinowym, albo w połowie filmu, zorientujecie się, że siedzicie tak, jakbyście trzymali kierownicę, to zrozumiecie o czym mówię. Ten film płynie. Montaż jest z jednej strony bardzo dynamiczny, ale sceny pościgów, kręcone są długimi ujęciami, co podkręca wrażenie autentyczności. Nie wiem, jak to nakręcono, ale jakkolwiek by tego nie zrobiono, to zadziałało.

Podobnie rzecz się ma, jeśli chodzi o choreografię. Sceny pościgów to jest taniec samochodów. Jeśli nie wiecie jak sobie to wyobrazić, to ja wam tego nie wytłumaczę, bo musiałabym opowiedzieć film. Dość, że naprawdę ma się wrażenie, że obraz jest tańcem. Dość specyficznym, ale nadal tańcem.

Skoro mowa o tańcu, to ciężko jest o nim mówić, jeśli nie wspomni się o muzyce. Wszak do czegoś tańczyć trzeba. Nasz bohater – Baby – poza tym, ze radzi sobie z traumą po wypadku kradnąc samochody, to dodatkowo próbuje zagłuszyć szumy w uszach poprzez to, ze praktycznie cały czas słucha muzyki. Różnej. Generalnie przez 95% filmu, Baby ma na uszach słuchawki. Muzyka, której słucha, wyznacza mu rytm życia. To w jej rytmie prowadzi samochód ( i to jak go prowadzi!), to w rytm muzyki idzie po kawę, wreszcie – to w rytm muzyki ucieka przed policją (ten parkour to jest wow!). Muzyka jest drugim bohaterem Baby Driver, jeśli przyjmiemy założenie, że pierwszym – są pościgi samochodowe. W gruncie rzeczy, aktorzy schodzą tutaj trochę na drugi plan. To nie tak, że są oni zupełnie nieważni. Mam jednak wrażenie, że aktorzy są tutaj li i jedynie narzędziem, które konieczne było do tego, aby film w ogóle powstał. A żeby tak się stało i żeby film był dobry, to nie mogli być byle jacy aktorzy.

Ogromnym zaskoczeniem, jest dla mnie aktor który gra tytułowego bohatera. Jedynym filmem, z którego go kojarzę ( i to niekoniecznie w dobry sposób) jest „Gwiazd naszych wina”. To jest dla mnie wprost nie do ogarnięcia, że ten sam człowiek, jest w stanie zagrać dwie tak różne od siebie, role. Co w zasadzie jednoznacznie daje nam znak – sygnał, że to dobry aktor jest. Albo będzie – bo Ansel Elgort ma zaledwie 23 lata i jest na samym początku kariery. Jeśli tak ją zaczyna, to jestem bardzo ciekawa, jak potoczy się ona dalej. O tym, że Kevin Spacey także zagrał na poziomie, chyba nie muszę pisać? Natomiast sporym zaskoczeniem jest dla mnie kreacja Jona Hamma. Raz – że w zasadzie nie kojarzę aktora ( może to błąd?!) a dwa, że naprawdę miał rolę trudną i… no sami się przekonacie, co mam na myśli, jak obejrzycie Baby Driver.

To, co wzmocniło wydźwięk filmu, to chyba przesłanie i główna myśl przewodnia. Otóż całość obrazu, skupia się na tym, jak nasz główny bohater próbuje się wyrwać z bagna, jakim jest praca dla przestępcy. Śmiem przypuszczać, że faktycznie nie jest to takie proste i, że rzeczywiście, szczególnie dla tak młodego człowieka, wyrwanie się ze świata gangsterskiego, może stanowić dość spory problem. Warto jednak podkreślić, że nasz główny bohater ma bardzo silną motywację a dodatkowo – choć bardzo młody – jest niezwykle odważny. Doskonale wie co chce zrobić, ma bardzo konkretny plan. Walczy o siebie tak naprawdę, ale też o przyszłość – w tym przypadku nie tylko swoją. Żeby było jasne, to nie jest zły bohater. Baby, po prostu robi to, co musi. Każdy jego czyn, w założeniu ma pomóc mu wydostać się z pułapki, w którą (trochę na własne życzenie) wpadł. Śledząc jego historię, chcemy żeby mu się udało. Kibicujemy mu. Do końca trwania seansu, trzymamy kciuki za Baby.

Baby Driver, to póki co, najlepszy film tych wakacji. Jest zrobiony ze smakiem, historia absolutnie nas wciąga. Do tego – to przecież kawał porządnego kina akcji, okraszonego doskonałą muzyką. Mamy kapitalne sceny kaskaderskie, fantastyczny montaż. Ten film porywa widza, niezależnie od tego, czy wcześniej miał do czynienia z twórczością Edgara Wrighta, czy też nie. Myślę sobie, że jeśli nigdy wcześniej nie widzieliście filmów tego reżysera, to spokojnie możecie zacząć właśnie od Baby Driver. To film bardzo uniwersalny, przeznaczony dla każdego – niezależnie od zainteresowań. Wcale nie trzeba być geekiem czy nerdem, aby doskonale bawić się na Baby Driver. Wiecie to trochę tak, jak z jazdą samochodem – jeździć może każdy kto ma prawo jazdy. A ten, kto nie ma, mimo że nie jeździ, to doskonale wie, czym jazda samochodem jest. Jedyne, czego osoba bez prawa jazdy nie wie, to jak wygląda szatan za kółkiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!