A Star is Born in a men’s world – recenzja Piekielnej

Nie sądziłam, że znajdę cokolwiek, do czego mogłabym się przyczepić, jeśli chodzi o A Star is Born w reżyserii Bradleya Coopera. Tym bardziej nie sądziłam, że moich zarzutów wobec tej produkcji będzie tak dużo. Co więcej, nie do końca wynikają one z błędów technicznych, bo – szczególnie mając na uwadze to, że jest to debiut – jest ich stosunkowo niewiele. Największym problemem, który mam jeśli chodzi o A Star is Born w reżyserii Bradleya Coopera, jest to, w jaki sposób zostały tam napisane (a nie zagrane!) postaci.

Jeśli nie liczyć wersji Bollywood, to A Star is Born w reżyserii Bradleya Coopera, jest czwartą wersją tej samej historii. Pierwsza wersja tego filmu, pochodzi z 1937 roku i – wcale nie jest taka zła. Co więcej, kolejna, z Judy Garland w roli głównej, też jest niezła, a w mojej ocenie najlepsza ze wszystkich czterech. Barbra Straisand niestety nie podołała świetnie napisanej postaci i koncertowo (!) ją schrzaniła, co skutkuje tym, że wersja z roku 1976 jest zdecydowanie najsłabsza, wliczając to nawet wersję Bradleya Coopera.

W każdym z tych filmów mamy do czynienia z tą samą historią: młoda dziewczyna, staje się gwiazdą, jednocześnie wplątując się w dość toksyczną relację ze znanym aktorem / muzykiem. Fabuła filmu pokazuje jak dziewczyna tak naprawdę znikąd, staje się światowej sławy gwiazdą, jednocześnie pokazując też upadek jej partnera. Nie jest to historia odkrywcza czy też w jakikolwiek sposób sprawiająca, że nagle uda nam się odkryć na nowo sens naszego życia. To prosta historia i nawet nie próbuje udawać, że jest inaczej. Sęk w tym, że nawet mając do dyspozycji tak banalną historię, jesteśmy w stanie pokazać ją w sposób ciekawy, a już na pewno w sposób, który nie będzie krzywdzący dla postaci.

O ile w dwóch pierwszych filmach – tym z 1937 roku jak i tym z roku 1954, postać kobieca jest na pierwszym planie i tam faktycznie widzimy, jak tytułowa gwiazda się rodzi, o tyle już w tym z roku 1976 jak również i tym najnowszym – tytułowej gwiazdy jest tam jak na lekarstwo. W przypadku produkcji z Barbrą Straisand w roli głównej, problem jednak nie wynika ze źle napisanego scenariusza, a ze źle odegranej roli. Jakkolwiek Straisand potrafi śpiewać, tak aktorka z niej marna. Lady Gaga na dobrą sprawę też nie jest aktorką, ale akurat w najnowszej wersji A Star is Born, wypadła ona nad wyraz dobrze. Szkoda tylko, że nie za bardzo miała co grać. Nie jest bowiem sztuką zagrać dobrze, kiedy postać przez ciebie odgrywana nie ma za wiele do powiedzenia. Największym bowiem problemem, jaki mam z filmem w reżyserii Bradleya Coopera jest to, że de facto zrobił on film…O samym sobie.

Najnowsza wersja A Star is born jest przede wszystkim o związku z osobą uzależnioną od leków i alkoholu. Nie mówię, że to złe założenie, wprost przeciwnie. Szkodliwe jest jednak to, jak temat został potraktowany pod względem scenariusza. Oto mamy bowiem wielką gwiazdę muzyki rockowej, Jacka Maine’a, który – co tu dużo kryć – najlepsze momenty swojej kariery ma już dawno za sobą. Coraz więcej pije, coraz częściej nadużywa leków a mimo to, nadal sądzi, że może jeszcze zawojować świat i stworzyć muzykę, którą pokochają tłumy. Spotyka on na swojej drodze Ally – dziewczynę z ogromnym talentem, w której oczywiście się zakochuje. Do tego momentu historia jest w miarę okej. Nadal nie jest niczym wybitnym, ale jest bardzo okej. Sęk w tym, że Ally to Ally i nic poza tym. W odróżnieniu od postaci kobiecych z poprzednich wersji, Ally nie ma nazwiska. Nie ma też żadnej koleżanki/ przyjaciółki / babci – jak zwał, tak zwał. To w zasadzie jedyna postać kobieca na cały film. Świat, który przedstawia nam Bradley Cooper, jest męski i wydawać by się mogło, że kobiety w nim nie istnieją. No, chyba, że są tancerkami i nie mają za wiele do powiedzenia. Zresztą, umówmy się, Ally też nie ma tutaj za grosz charakteru. Ani charyzmy, co jest tym bardziej przykre, jeśli weźmiemy pod uwagę to, jaką osobowością sceniczną jest Lady Gaga.

Największym problemem, jaki mam z najnowszą wersją A Star is Born jest jego szkodliwość społeczna. Ja wiem, że to cholernie niepopularna opinia. Ale jeśli robimy film w XXI wieku, nawet, jeśli jest on kolejną wersją scenariusza z roku 1937 to, na litość boską, zróbmy ten film zgodnie ze standardami kina współczesnego. Nie sprowadzajmy tutaj kobiety do roli głupiej i – co gorsza – naiwnej trzpiotki, która nawet po największym upokorzeniu, jakie mogło ją spotkać ze strony faceta, i tak mu wybacza. Ba! Twierdzi nawet, że nadal go kocha. Sorry, ale ja tego nie kupuję. Jest to dla mnie tak odrealniona i co gorsza, krzywdząca wizja, że nie mogę wobec niej przejść obojętnie. To o tyle kuriozalne, że wszystkie poprzednie wersje filmu (poza tą z Bollywood, której nie widziałam, więc nie uwzględniam jej w ocenie) ZDAJĄ TEST BECHDEL. Co za tym idzie, bohaterki nie tylko rozmawiają z innymi kobietami, ale też tematy ich rozmów nie dotyczą tylko i wyłącznie mężczyzn. Tutaj taka sytuacja nie ma miejsca. Ally jest tylko i wyłącznie kobietą, żeby nie powiedzieć PRODUKTEM, w rękach mężczyzn: toksycznego i niszczącego ją faceta, ojca, dla którego własne, niespełnione ambicje są ważniejsze niż cokolwiek innego oraz managera, który też nie za bardzo liczy się z jej zdaniem. Ally ma być ładna, ma śpiewać i ma robić to, co jej każą. Czy jej się to podoba, czy też nie.

Jeśli robimy film współczesny i nawet, jeśli jest on oparty na mocno przestarzałym scenariuszu, to do jasnej cholery, nic nie stoi na przeszkodzie, aby trochę tę historię uwspółcześnić, nadać jej sznytu. Takie kino jest ze wszech miar szkodliwe. Pokazuje w pewien sposób, że relacja dwojga bohaterów jest czymś absolutnie spoko, że przecież to normalne. Oczywiście, że są kobiety, które tkwią w takich związkach, nie twierdzę, że jest inaczej. Nie oznacza to jednak, że nie możemy skrytykować, choćby w minimalnym stopniu, tej relacji. To się jednak w filmie Bradleya Coopera nie dzieje.

Sam świat, w którym funkcjonują nasi bohaterowie, też nie jest skomplikowany. To kolejna kwestia, która wypada mało wiarygodnie. Jeśli pokazujemy mechanizmy działania showbiznesu, jeśli skupiamy się na tym, w jaki sposób produkuje się gwiazdy, to pokażmy to bardziej dokładnie. Nie sprowadzajmy tego li i jedynie do kilku scen na sali tanecznej czy kilku prób. Mając tak ogromne możliwości, można było spokojnie pokazać problemy, z którymi musi mierzyć się Ally oraz to, jak zmiana trybu życia wpływa na nią samą. Och, zapomniałam. Gdyby w tym kierunku poszedł film, to jednak musiałoby być na ekranie nieco więcej naszej głównej bohaterki. A wtedy to już na pewno zabrakłoby miejsca na czas dla Bradleya Coopera.

To wcale nie tak, że uważam iż A Star is Born w reżyserii Bradleya Coopera jest filmem tragicznym. Jak już wspomniałam, film ma swoje zalety. Przede wszystkim, został zrobiony z należnym mu rozmachem. Jest efektowny, ładny i technicznie bardzo sprawnie zrealizowany. Sceny koncertowe nakręcone są bardzo, bardzo dobrze. Nawet piosenki są spoko, choć przyznaję, że nie rozumiem zachwytów nad piosenką finałową, bo jak dla mnie to bardzo podobnie brzmiąca piosenka do tej, którą wykonuje Mariah Carey, a której tytuł brzmi: Without You. Posłuchajcie sobie jednej i drugiej, tak dla porównania. Te wszystkie elementy są poprawne i to cieszy, zwłaszcza, że film Bradleya Coopera to jego debiut. Ale czy fakt, że ktoś debiutuje oznacza, że można mu pozwolić na zrobienie filmu szkodliwego i krzywdzącego? Nie wydaje mi się.

Mogłabym jeszcze bardzo długo narzekać, wytykać wady najnowszej wersji A Star is Born. Nie wiem jednak, czy jest sens. Zresztą, film i tak zgarnie wszystkie możliwe nagrody, czy mi się to podoba, czy nie. Za piosenki w każdym razie na pewno. Nie rozumiem jednak jego fenomenu. Nie wiem, co sprawia, że publiczność, jak również i krytycy, tak bardzo zachwycają się tą produkcją. W mojej ocenie jest ona co najwyżej poprawna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!