Jak wspaniale…Tedem być!

Długo zbierałam się do tego wpisu. Czynników bylo wiele. Chociażby to, że w mojej głowie rozpanoszył się wszechogarniający mętlik. Nie bałagan. Mętlik właśnie. Poza tym, usilnie starałam się uporządkowć jakoś to, co chcę na dany temat napisać. Pojawiły się próby wypisywania na karteczkach wszystkiego co dobre, a co złe. I nie, to nie jet recenzja. To moje wrażenia. Już nieco mniej chaotyczne. A przynajmniej postaram się, żeby takie właśnie były – mało chaotyczne. Zastanawiacie się pewnie, co wywołało we mnie taki mętlik? Otóż moi drodzy: Film. Tak, czaem też oglądam filmy. Nie wzystko kręci się wokół seriali. Mowa tu w zasadzie o dwóch filmach. Moi drodzy, obejrzałam Ted’a i Ted’a 2.

Mogłabym teraz zamieścić tu ładną tabelkę i napisać wzystko po kolei, tak jak się to kiedyś robiło w szkole. Na zasadzie porównania. Tak chyba byłoby najłatwiej. Uznałam jednak, że to bez sensu, bo przecież po pierwsze – to nie jest żadne porównanie, a po drugie – żadna recenzja. Zatem zacznę od pierwszego filmu, żeby wszystko było jasne i klarowne.pobrane

Do Teda długo przekonać się nie mogłam. Z wielu względów. Po pierwsze, sam fakt tego, że jest to film twórcy znanego skąd inąd Family Guya, dość mnie odrzucał. Niekoniecznie jest to humor, który mi leży. Po drugie – no dobra, film o misiu. Zastanawiałam się, co może być porywającego w filmie o misiu. Nawet, jeśli jest to gadający, a nawet spożywający alkohol, miś. Czasem jednak dzieje się tak, że po prostu potrzeba lekkiego filmu jest silniejsza nawet od potrzeby snu (dla nie wtajemniczonych – ja mogłabym spać cały czas). Zatem Ted. Film o misiu trwający niecałe dwie godziny.

Jeśli mam być szczera, to nie jest taki znowu najgorszy film. Nie podchodziłam do niego z entuzjazmem, ba, byłam nawet lekko sceptyczna, aczkolwiek spotkała mnie miła niespodzianka. Teda ogląda się całkiem przyjemnie. Fabuła jest owszem prosta i banalna, ale takie jest założenie tego filmu. Nie mniej jednak, jest kilka rzeczy które szczegolnie6a00e54fa7b4838834017743355ba1970d-800wi mi się w tym filmie spodobały i kilka, które szczególnie mnie irytowały. Uwaga, będą spoilery.

Przede wszystkim Mila Kunis. Kto, na litość boską, pozwolił jej w tym filmie zagrać? Chyba bardziej nie pasującej aktorki do roli kobiety ktora dla odmiany w tym filmie ma przysłowiowe jaja nie mogli wybrać. Mila Kuis jest ładna. Mila jest przyjemna dla oka. Taka lala trochę. Ale niestety w tym filmie, główna bohaterka, ma jaja. A Mila zupełnie nie jest wizerunkowo kobietą z jajami. Nie w moim odczuciu. Pomijając jej rolę w Black Swan, to wybitną aktorką nie jest. Chociaż nie wiem, może sie nie znam. W każdym razie kompletnie mi nie przypasowała.

Zupełnie inaczej rzecz się ma z Tedem 2. Tam główna bohaterka jest idealna i co więcej – sympatyczna. Autentycznie polubiłam postać  Samanthy L. Jackson (ta2811CDDC00000578-0-Legalization_Amanda_Seyfried_plays_the_stoner_lawyer_Ted_and_Joh-m-26_1430176534450k, to jest TA kombinacja o której myślicie). Amanda Seyfried, bo to ona zagrała rzeczoną Sam L. Jackson zwyczajnie pasuje. Nie stara się udawać kogoś, kim nie jest. Wizerunkowo pasuje do postaci, którą gra. Może to dziwne, ale serio, średnio przyjemnie oglądało mi się Teda „pierwszego”, szczególnie te sceny, kiedy Mila ratuje sytuację. Amanda w Ted 2  jest zdecydowanym strzałem w dziesiąkę.

Kolejną kwestią, choć w sumie to od niej powinnam zacząć (wybaczcie, Mila mnie tak wkurzła, że musiałam, po prostu musiałam) jest fabuła. Kompletnie inna w obu filmach. I nie, tu nie chodzi o to, że to dwa odrębne filmy. W Tedzie „pierwszym” fabuła jest miałka. Mamy misia, mamy poczuć magię tych świąt i mamy faceta, ktorego dziewczyna każe mu wybierać pomiędzy jego najlepszym przyjacielem a nią. No i wielki dramat. Wszystko okraszone scenami sztampowymi i przewidywalnymi. Dobrze, że chociaż gagi są zabawne, ale o tym później.

W „dwójce” natomiast, fabuła jest „jakaś”. Pisząc „jakaś” mam na myśli ciekawa. Tu już nie chodzi o to, że magia świąt, że przyjaciel i co ja mam począć. Tu chodzi o przyjaźń samą w sobie i to jest moim zdaniem zasadniczy plus „dwójki”.  Ted nie jest już tylko spełnieniem marzeń małego chłopca, który nie miał kolegów, a jak już ich miał, to prześladowali oni żydowskie dzieci. Ted jest mężem. Nie żeby zaraz mężem stanu, ale mężem. Żony swojej. I chce mieć… Dziecko. To jest spory problem, jeśli weźmiemy pod uwagę, że poza faktem bycia mężem, Ted nadal jest misiem. I z tym wiąże się cała historia „dwójki”. Pojawiają się realne problemy. No ok, może nie takie które mogą spotkać każdego z nas, nie mniej jednak, są one dośc istotne. Chodzi o fakt bycia istotą, a nie własnością.  I wokół tego kręci się cała fabuła „dwójki”. No, może nie cała, ale powoli.

W „jedynce” natomiat wszystko rozbija się o szczęśliwy związek głównego bohatera właśnie z wspomnianą wczesniej Milą Kunis. Tudzież Lori. Przyznacie sami, że waga problemu jest zdumiewająco wyższa.

Z drugiej jenak strony, „jedynka” była dużo mniej przekombinowana. Nie odnosiło się wrażenia, że film został przedłużony na siłe, czy też gagi wciskane były na umór. Ted toczył się swoim rytmem. Rytmem nadanym przez Setha MacFarlane’a. Wydaje mi się, że z „jedynką”nie było aż takiego problemu, bo była jedynką. Co mam na myśli? Ano opowiedzenie całej historii, wprowadzenie bohaterów, ukazanie ich relacji, wreszcie finał i jego rozwiązanie. To trwa.  W „dwójce” problem przedstawienia relacji bohaterów oraz ich samych, nie istniał. W dużej mierze dlatego, że zwyczajnie poznaliśmy ich przy okazji „jedynki”. W związku z tym pojawił się kolejny problem.

Problem nazywa się „zróbmy ten film na tyle długi, żeby dało się go puścić w kinie”. Oglądając „dwójkę” ma się nieustające wrażenie, że widz ogląda dwa filmy równocześnie. Mianowicie chodzi o to, że po pierwsze: czołówka jest stanowczo za długa i w którymś momencie dopada człowieka taka smutna myśl pt. „no ile jezcze będą tańczyć?!”. Po drugie, tak jak w „jedynce” gagi były wrzucone tam, gdzie ich miejsce, tak w „dwójce” już chyba została przyjęta zasada „yolo” czyli nieważne, czy pasuje czy nie, wrzućmy ten gag, co nam szkodzi. To niestety najlepszym posunięciem nie było. Widz odnosi wrażenie, że gagi po prostu wzięły się znikąd. Tak samo jak niektóre sceny.

Poza tym, mniej więcej do słynnej sceny z pojemnikami w laboratorium, Ted’a 2 ogląda się źle. Zwyczajnie źle. Jest niesmaczny, chamski i oryda0ba98b0-14ce-11e5-9efd-09673335581f_tedynarny. Nie twierdzę, że ma taki nie być, wystarczy obie tylko przypomnieć, czyj to jest film. Mam jednak wrażenie, że tej wulgarności jest tam stanowczo za dużo. Nie bez przyczyny nawiązałam tu do sceny z pojemnikami. Otóż potem, jest już tylko lepiej. Mniej więcej do tej sceny trwa jakoby pierwsza część drugiego filmu o Tedzie. Ta zdecydowanie gorsza część, zaznaczmy to. Pomijam fakt tego, że w „dwójce” są rzeczy które nie mają racjonalnego wytłumaczenia ani też wyjaśnienia. Chociażby wtedy, kiedy Ted prowadzi samochód Samanthy, i wjeżdża nim w stodołę. Co z tego, przed nami jest wielkie pole marihuany, czego chcieć więcej. W porządku, fajne rozładowanie napięcia. Ale jakim cudem ten samochód dnia następnego normalnie jeździ? Rozbili się nim w szczerym polu, ba! Wjechali nim w dach stodoły, a samochód jeździ. Sam z siebie. Takich scen jest więcej, zaręczam wam, chociaż, jak już wspomniałam, nie irytują one aż tak bardzo, jak nadmierna wulgarność czy gagi wrzucane na siłę.

Poza tym, Ted 2 ma coś, co zdecydowanie podnosi jego „fajność”. Ma Morgana Freemana. Co prawda pojawia się on dopiero na sam koniec filmu, aczkolwiek sam fakt pojawienia się go już jest na plus. I to wcale nie jest tak, że ja lubię Morgana Freemana. Zupełnie nie tak. Morgan Freeman gra tam super prawnika, który ma wszystkich innych prawnikow pod sobą. Jest szychą jakich mało i może wszystko. Co w sumie nie bardzo odbiega od większości ról które gra. Poza tym, nie okłamujmy się – to Morgan Freeman. To mówi samo za siebie.morgan

Pisząc o Ted i Ted 2, nie mogę nie pominąć kwestii tłumaczenia. Gwoli wyjaśnienia – oglądam filmy z napisami polskimi własnie, głównie ze względu na moje zainteresowanie tym, jakie są. Bo często są bardzo zabawne. Czasem słabe. A czasem lepsze niż oryginał. Jeśli chodzi o Teda, uśmiałam się jak norka. Po pierwsze ze względu na to, jak przetłumaczono „thunder buddies” czyli w oficjalnym tłumaczeniu: Burzowi kumple. Nie wiem, kto robił tłumaczenie do Teda „pierwszego”, aczkolwiek ‚ziomki piorunochronki” kupiły mnie bezapelacyjnie. Poza tym, całość tłumaczenia była w klimacie filmu. To, co nie miało być dosłowne, nie było. Żarty przetłumaczono w sposób bardzo dobry, oddający ich wymowę w języku angielskim. W przypadku Ted 2, tłumaczenie robiła jedna z moich ulubionych grup suberskich, a mianowicie Project Haven. I tu także się nie zawiodłam. Co prawda ziomków piorunochronkow nie było, ale „burzowe ziomki” też dały radę. Dlaczego o tym piszę? Po pierwsze dlatego, że mało jest grup suberskich, które POTRAFIĄ robić tłumaczenia. Potrafią, nie oznacza że znają język. Umieją się nim bawić. Dla kogoś, kto chce obejrzeć film z polskimi napisami to ważne. O ileż zabawniej i przyjemniej ogląda się coś, co jest przetłumaczone z przysłowiowym „jajem” niż coś, co jest do bólu szkolne, poprawne i nie daj boże nudne.

Jeśli chodzi o zestawienie obu filmów, nie wypada ono źle. W jednym i drugim są rzeczy dobre jak i złe. Poza tym, jak już wspominałam wcześniej, to lekki, prosty i przyjemny film. Zdecydowanie na plus są wszlkiego rodzaju odniesienia do Teda pojawiające się w Tedzie 2. Scena ze śmiercią jest tak dobra! Czy warto obejrzeć? To zależy. Zależy, czy macie ochotę na lekki film. I czy chcecie się pośmiać. Do Teda jak i Teda 2 trzeba mieć humor. Albo i go nie mieć i potraktować oba filmy jako przyłowiowy lek na całe zło. Działa, sprawdzałam. Zatem zostawiam Was z misiem. Z Tedem. Kto wie, może ta historia wcale nie jest taka znowu nierealna?…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!