Sekwana cała we krwi – recenzja 120 uderzeń serca

Serce zdrowej osoby dorosłej, powinno wykonywać 70 uderzeń na minutę. Przyspieszenie akcji serca, może być jednym z objawów poważnych chorób. Zakażenie wirusem HIV może powodować bardzo duże zaburzenia pracy serca, m.in. jego znaczące przyspieszenie. Stąd też, w żaden sposób nie dziwi mnie tytuł filmu, który w 2017 roku zdobył w Cannes Grand Prix. 120 uderzeń na minutę, to film, który porusza ważny temat, a mianowicie epidemię AIDS we Francji, która miała miejsce w latach 90. Co ciekawe, Francja nadal utrzymuje się w niechlubnej czołówce państw, w których odsetek osób zakażonych wirusem HIV jest największy – obecnie jest ona na 4 miejscu. Dlatego też, postanowiłam napisać o tym filmie. Dobrze się też składa, ponieważ właśnie dziś, czyli 17 maja, przypada Międzynarodowy Dzień Walki z Homofobią, Transfobią oraz Bifobią. 120 uderzeń serca wpisuje się w tę tematykę idealnie.

Trudno jest mi powiedzieć, wokół czego oscyluje fabuła filmu. Naszym głównym bohaterem jest Sean – dwudziestokilkuletni chłopak, który mając 16 lat, został zarażony wirusem HIV przez…Swojego nauczyciela matematyki. Poznajemy go w trakcie spotkania grupy ACT UP, która zajmuje się przede wszystkim uświadamianiem społeczeństwu tego, jak dużym problemem jest obecnie AIDS. Oczywiście grupa ta jest „niewygodna” dla wielu obywateli, ponieważ w jej skład w dużej mierze wchodzą osoby homoseksualne. Widać to zresztą bardzo wyraźnie w jednej ze scen, kiedy w podczas akcji rozdawania ulotek informacyjnych, uczennica liceum mówi, ze ich nie potrzebuje, bo „Nie jest pedałem”. Takich sytuacji w filmie jest przedstawionych więcej. Działania ACT UP też nie zawsze spotykają się z akceptacją – nawet jeśli chodzi o członków grupy. Obrzucanie workami ze sztuczną krwią siedziby koncernu farmaceutycznego, czy przykucie do stelażu za pomocą kajdanek jednego z przedstawicieli koncernu, nie wygląda zbyt dobrze. Natomiast to, co z całą pewnością łączy członków grupy, to przede wszystkim idea, która ma na celu poszerzenie możliwości leczenia HIV i AIDS.

To, co może ale mnie osobiście zupełnie nie raziło, to relacyjny charakter całej produkcji. Nie jest to sensu stricto opowieść, narracja jest prowadzona w taki sposób, aby pokazać widzowi, jak było. Większy nacisk kładziony jest na wydarzenia, aczkolwiek reżyser – Robin Campillo – nie zapomina o tym, że w grupie muszą występować relacje. Te, są pokazane, jednakże mają one charakter drugoplanowy. Niemniej jednak, nie mogę przejść obojętnie wobec związku głównego bohatera z Nathanem.

Uczucie, które rodzi się pomiędzy mężczyznami, jest trudne nie tylko ze względu na tolerancję wobec osób homoseksualnych, ale też ze względu na to, że Nathan jest zdrowy. Sean na jego oczach traci siły, z każdym dniem jest coraz słabszy, a objawy AIDS postępują w zastraszającym tempie. Mimo wszystko, Nathan do ostatniej chwili trwa przy Seanie. Wspiera go, pomaga, wreszcie – opiekuje się nim, kiedy ten jest już na skraju sił. Widząc jednak, jak wiele łączy bohaterów, jak bardzo wspierają się oni, widz mimo wszystko im kibicuje. Wiecie, to jest trochę tak, że jesteście w pełni świadomi tego, że katastrofa nastąpi tak czy tak, ale do ostatniej chwili wierzycie, że jednak do niej nie dojdzie.

Warto też zwrócić uwagę na to, kiedy i w jaki sposób tak naprawdę jesteśmy w stanie poznać bohaterów. Poza Seanem i Nathanem, ważni dla całości produkcji są też członkowie organizacji ACT UP. Nie wiemy o nich jednak aż tyle, co o wspomnianej wcześniej parze. Z reguły poznajemy ich w trakcie dyskusji w sali spotkań ACT UP, lub też w trakcie akcji, które organizują. Więcej nam jednak nie jest potrzebne.

Campillo nie skupia się na próbie wzbudzenia w widzu współczucia dla bohaterów poprzez tanie i znane nam wszystkim emocje. Nie idealizuje ich, pokazuje właśnie w takiej relacyjnej formie. Sean ma swoje wady : jest porywczy, nie umie zapanować nad emocjami, kiedy coś go mocno poruszy. Nie jest w stanie też dogadać się z Thibaultem, który przecież jest w tej samej organizacji, a zatem – ma dokładnie takie same cele do zrealizowania. Podobnie rzecz się ma z Sophie – racjonalną i odpowiedzialną członkinią ACT UP, która jednak też stanowi dla widza niemałą zagadkę. Wiemy, że jest zaangażowana w sprawę, jednakże nie okazuje ona wszystkich emocji. Z cała pewnością jest jednak świetnym przywódcą.

To, co urzekło mnie w filmie, to zdjęcia. Są wysmakowane, robią wrażenie. Detale, czy kolorystyka filmu – wszystko to jest bardzo dobrze wyeksponowane. Co ważne, nie występuje tutaj w żadnym wypadku przerost formy nad treścią. Szczególnie widać to w ujęciach kręconych z lotu ptaka. Czerwona Sekwana, protestujące tłumy na ulicach czy wreszcie finałowa scena – zdjęcia w tych scenach „robią robotę”. Warto też zaznaczyć, że film, mimo iż dotyka bardzo nieprzyjemnego tematu, w swoim wydźwięku wcale taki nie jest. Kolorystyka zdjęć, czy zastosowane filtry to jedno. Nie możemy jednak też przejść obojętnie wobec przekazu, który paradoksalnie wcale nie jest pesymistyczny.

Bardzo długo zwlekałam z obejrzeniem 120 uderzeń serca, przede wszystkim ze względu na to, że nie chciałam mieć po tym filmie „doła”. Temat, jak i realia w których rozgrywa się akcja, nie nastrajały pozytywnie. Jakże wielkie (i pozytywne) było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że film jest tak naprawdę pochwałą życia. Jasne, śmierć czai się tam na każdym kroku, nasi bohaterowie cały czas z nią walczą. Główny bohater umiera na naszych oczach, ale to wcale nie znaczy, że taki musi być koniec. Film daje nadzieję. Uświadamia, że odejście jednej osoby, nie musi oznaczać przysłowiowego końca świata. Jednocześnie też pokazuje, że walczyć o swoje prawa należy do samego końca i Sean jest tego doskonałym przykładem.

Gdybym miała jednak raz jeszcze obejrzeć 120 uderzeń serca, to zastanowiłabym się nad tym dwa razy. Nie dlatego, że film jest zły. Bardziej chodzi mi o ładunek emocjonalny. 120 uderzeń na minutę, to emocjonalny rollercoaster, ale zakładam, że za drugim razem już odebrałabym ten film spokojniej. Wiecie, to trochę tak, jakbyście coś przeżywali po raz pierwszy. Potem niby też jest fajnie, ale to już nie to samo. Co nie zmienia faktu, ze 120 uderzeń serca bardzo długo z Wami zostanie. Będziecie myśleć o tym filmie a im dłużej będzie to trwało, tym lepiej będziecie się czuli.

W toruńskim Kinie Centrum działającym przy CSW, seanse 120 uderzeń serca jeszcze są. Polecam się wybrać, bo to jeden z tych filmów, które po prostu trzeba zobaczyć!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!